czwartek, 2 października 2014

Rozdział 18. Sprzeczność.

            Ojciec od rana chodził jakiś weselszy, co wywołało sensację w ich „pałacu”, a Olga cały dzień podążała za nim zaciekawionym wzrokiem, przywołując do istnienia teorie o tej wyjątkowo rzadkiej radości. Nawet zdjął garnitur. Zamiast tego chodził w nieznośnie fioletowym swetrze. Wyglądał jak kretyn. Ale przecież mu tego nie powie.
            Polubił Naty. Często zagadywał, opowiadał, uśmiechał się na jej nieśmiałe „dzień dobry”. Zauważyła w tym minimalny udział Angie, która również pałała do Natalii niemałą sympatią, a jej zdanie miało ostatnio dość spore znaczenie dla ojca. Jakby… Nie. Nie powinna brać tego pod uwagę. Ta myśl napawała ją obrzydzeniem, a zdjęcie mamy stojące w drewnianej ramce na biurku, tylko pogłębiało dziurę w sercu, które jednak – niespodziewanie – biologicznie posiadała.
            Natalia siedziała przy niewysokim regale z książkami, przeglądając jej zasoby literackie. Lubiła czytać. Przynajmniej papierowe postacie mają więcej oleju w głowach, od tych idiotów ze świata żywych.
-„Mały Książę”? Czytałaś to?
-To moja ulubiona książka. – Palnęła bezmyślnie, po czym zasłoniła usta dłonią, bo miała uchodzić za osobę z twardymi emocjami, a nie pseudo-wrażliwca wylewającego łzy na pierwszej lepszej powieści.
-Serio?
-No tak. Jest inna.
            Naty pokiwała głową, przejeżdżając palcem po miękkiej okładce. Jest zamyślona.
-Pożyczyć ci?
-Nie, nie. Też to czytałam. Dawno – rozkłada się obok niej, wciąż z pewną obawą w wiecznie smutnych oczach. – Maxi nie lubi „Małego Księcia”. Twierdzi, że to strasznie bezmyślne. A motyw patologicznej miłości szurniętego chłopczyka do – cytuję – głupiej rośliny.
-Sam jest głupią rośliną – burka, przewracając się na drugi bok. – Mogę powiedzieć coś w stylu Ludmiły?
-Co?
-Nie masz gustu.
            Roześmiały się obie. To dziwne, ale naprawdę ją polubiła. Nie jako zdobycz wyrwaną z łask Ferro, lecz niewinną dziewczynkę, przygniecioną przez większość smutków tego świata. Nie chciała robić jej krzywdy. Nie teraz, w każdym razie.
-Robisz coś jutro?
-Prócz bycia ignorowaną przez pana M.? Nie.
-To dobrze się składa. Mój ojciec organizuje przyjęcie – impreza dla nudziarzy w garniakach, wiesz o co chodzi. Wolałabym robić coś innego, niż tylko stać i potwierdzać, że owszem, jestem córką tej ofiary życiowej.
-Twój tata jest fajny.
-Jak czekolada deserowa. Przyjdziesz? Błagam, nie każ mi spędzać czasu z bandą ulizanych snobów o pedofilskich uśmiechach… Wyobrażasz sobie, że ciągle składają mi kondolencję? Mama zmarła dziesięć lat temu. Jakbym nie zdołała się pozbierać – prychnęła, jednak w jej oczach zakołysała się niewidzialna łezka. – Wspomóż to biedne dziecko specjalnej troski, co?
-A dostanę coś w zamian?
-Mogę ci oddać ojca. Nie mów, że nie szalejesz za takimi ciachami w pięknych swetrach!
            Znowu się śmiała. Ostatnio często to robiła. Jakby pozbyła się jakiejś blokady. Kto wie, czy stali za nią Ludmiła, czy Maxi? Coś ją raniło. Tak najbardziej, mocniej od czegokolwiek.
-Nie martw się. W filmach faceci dostają olśnienia, kiedy dziewczyna wiąże się z kimś innym lub wyjeżdża na drugi koniec świata.
-Idiota. Wie, że się nie zakocham. I nie wyjadę. Bo nawet nie mam gdzie. Jesteśmy skazani na siebie. Z jednej strony: fajnie, z drugiej: ma nastroje gorsze, niż moja siostra podczas okresu.
-Hm. Hm. Może jest transwestytą?
-Kto? Ja? – German wsadził nos do pokoju, a one musiały z trudem opanować kolejny wybuch. Atmosferę podsycała fioletowa barwa ojcowskiego swetra, który wcześniej służył chyba za szmatkę do podłogi. Jej zdaniem tylko do tego się nadawał.
            German Castillo. Inżynier. Lat dużo. Zazwyczaj dyplomatycznie milczący, zawsze perfekcyjnie ogolony, doskonały w każdym calu. To ostatnie, to słowa Angie. Ble.
            Kiedy ciotka magicznym sposobem znalazła się w jej życiu (długa historia – jeszcze bardziej pokręcona od jej obecnych problemów) cieszyła się, że będzie miała kogoś w rodzaju starszej siostry, kto jej doradzi, wysłucha (bo nie mogła mówić absolutnie wszystkiego Clementowi, bez przesady), spędzi z nią wolny czas.
            Tak było. Przez pierwsze dwa tygodnie. Potem w życiu Angie pojawił się ojciec. Potem musiała wysłuchiwać wylewnym zachwytów o jej „ukochanym szwagrze”. Potem stały się dla siebie zbędne. Zupełnie. Jakby między nimi nigdy nie miała powstać żadna szczególniejsza więź, o której jeszcze niedawno tak bardzo marzyła.
            Teraz najchętniej wpakowałaby ich do grobu. Obojga. W tej chwili.
-Violetto, powiedziałaś Natalii o sobocie?
            Violetto. Brr. Nie cierpiała tego oficjalnego tonu. To dom rodzinny, nie sejm. Chociaż i tam padają barwniejsze określenia. Ramallo oglądał wszystkie serwisy informacyjne. Chyba, że przed telewizorem siedzi właśnie Olga i przeżywa losy Juana, który jest mężem Stephenie, byłej żony Nicholasa, matki Rose i Caroline, a teraz został ojcem małego Philipa, synka Edny, niedawnej partnerki Nicholasa, siostry Stephenie i babci Ellie.
            Spojrzała na Germana od niechcenia. Faktycznie był szczęśliwy. Obrzydliwie szczęśliwy.
-Powiedziałam. Zgodziła się – uśmiecha się w jej stronę. – Coś jeszcze?
-Tak, tak. Ja i Angie dzisiaj wychodzimy. Dzisiaj jest przedstawienie w jej ulubionej operze i…
-Idziesz tam z Angie? – Brutalne myśli, wizje, które spędzały jej sen z powiek.
-Co w tym złego?
-Absolutnie nic. W końcu to tylko siostra twojej żony…
            Bam.
            Uśmiech schodzi z jego twarzy, zaczyna niknąć pod ciężarem jej przenikliwego spojrzenia. Podpiera się o framugę drzwi, niespokojnie drży. Jak dziecko. Bo przecież nie dzieje się nic dziwnego. Prawda, tatusiu?
-Tak. Tak. Masz absolutną rację, Violetto. Tak.
            Tak. Tak. Tak.
            Świat kręci głową. Jakby rażące słońce zganiło ją, że nie dała się postawić przed faktem dokonanym. Ależ nic się nie dzieje. Nadal są niekompletną rodziną, zbudowaną trochę na innych fundamentach – pozornie ścisłych, lecz porozrzucanych na wietrze, gdzie miłość istnieje jedynie w formie konieczności.
            Ale czy o miłości ma prawo wypowiadać się osoba, która nikogo nie kocha?
            Potem oboje milkną, a German idzie poszukać Angie, bo natychmiast musi porozmawiać z nią o książce, którą pożyczył w tym tygodniu. Naty kartkuje strony „Małego Księcia”, a ona dochodzi do wniosku, jednak nie wszystko będzie takie, jak to sobie zaplanowała…

I choćby nie wiem jak się starali,
Nie zgadną nigdy co zostało powiedziane
Między moim sercem a Twoim

            Biegła przed siebie, próbując uciec od wrażenia kopiącego prądem powietrza, zabójczego śmiechu słońca, tych malutkich morderców szczęścia…
            Zatrzasnęła drzwi, zagradzając drogę wszystkim demonom, modląc się, by przypadkiem nie przelazły przez dziurkę od klucza. Dobijały się od zewnątrz, wołały jej imię, kpiły sobie z osoby, którą nie jest i nigdy nie była.
            Kim właściwie jest Ludmiła Ferro?
            Zastanawiała się nad tym od celowego ominięcia śniadania, aż po rozpaczliwe zdzieranie żakietu z ramion.
            Ludmiła Ferro jest człowiekiem. I nie – nie wybucha jak żadna cholerna supernowa, tylko kuli się przed każdym słownym ciosem. Jej wizytówka już nie kojarzyła się z potęgą, gwiazdami, definicją perfekcji. Teraz została kolejną Ludmiłą z dziennika, którą można się pobawić.
            Jeszcze nigdy w życiu tak bardzo nienawidziła siebie. Bo zniszczyła osobę – swoją bohaterkę – która miała chronić ją przed wszelkim cierpieniem i bólem tego świata. Wykreowała ją na artystkę – piękną, nieustraszoną, dramatyczną. Budowała ją każdego dnia, zadbała o każdy szczegół. A potem tylko wchłaniała w jej ciało, grała rolę swojego perfekcyjnego, czarnego aniołka, by wieczorem zrzucić wszystko w kąt i zatrzymać do następnego dnia.
            Teraz Ludmiła się wypaliła. Spoglądała na nią w lustrze, nawet nie sceptycznie, za to z pewnym bólem, który najprawdopodobniej wyrażał gorycz przegranej. Jej prywatna inspiracja okazała się tylko słabym człowiekiem o wyjątkowo mocnym sercu – do czasu.
            Ludzie ją zawodzili. Okej. Poboli, czasami mocniej, czasami krócej, ale zdarza się. Tymczasem rozczarowanie spotkało ją z własnej strony. I co ma z tym zrobić? Siedzieć, płakać i czekać na nieprawdopodobnie przystojnego narcyza z czarującym uśmiechem i motorem, jak w tych filmach o miłości. Nie lubiła ich. Niszczyły rozsądek kobiet, wstrzykały w duszę nierealne marzenia o spacerze w tęczy, zachodach słońca i płatkach róż sypiących się ze wszystkich stron, bo tak jest romantycznie – chyba by się zabiła, gdyby przygniotła ją warstwa tłumiących chwastów.
            Przesuwa dłonią po porcelanowej twarzy, która już nie wydaje się idealna. Banalna jak u większości smutnych ludzi. Drżącymi dłońmi zmierza w kierunku nożyczek. Chcę zacząć od zewnątrz. Nie naprawia starej Ludmiły. Tworzy nową.
            Jaśniutkie pasmo spada pierwsze, tracąc blask wraz z zetknięciem z ziemią. Jakby uleciało z niego całe słońce.
-Musimy się pożegnać, Ludmi.
            Nawet ten skrót napawa ją obrzydzeniem.
            Drugie pasmo.
-Wiem, że nie będziesz tęsknić. Ty nigdy nie tęskniłaś.
            Trzecie pasmo.
            I czwarte.
            I piąte.
-To tylko ja. Ty byłaś inna. Nigdy nie płakałaś. Ale człowiek chyba musi mieć uczucia, nie?
            Teraz szóste, bez słońca.
-Wiem, kim byłaś. Ideałem. Moim. A ideały przecież nie istnieją, dlatego znikasz.
            Siódme.
            Ostatnie promienie spadają, gasną, niczym upadłe gwiazdy.
            Przejeżdża palcami po pustej przestrzeni zaczynającej się od uszów. Nowa Ludmiła spoglądała na nią z lustra. Nie rozumiała. Jeszcze nie wdarła się do jej duszy, nie pojmie tego.
            Kończą się za uszami. Wciąż są złociste, mienią się w świetle. Podkreślają kości policzkowe i twarz. Stanowią cząstkę odrobiny kawałeczka początku nowego człowieka.
            Patrzy na podłogę. Teraz na lustro. Jeszcze raz na podłogę. I na lustro.
-Witaj wśród żywych. Jesteś trochę piękna.

Jest prawda w Twoich oczach, która mówi, że mnie nigdy nie opuścisz

-Nie umiem. Głupie to – burknęła, gdy kolejny kamień z pluskiem wpadł do wody.
-Pasjans też był głupi. Do czasu, kiedy zaczęłaś mnie ogrywać.
-Łżesz, mój drogi. Po prostu nie umiesz zaakceptować faktu, iż wyprzedzam cię w każdej dziedzinie.
-Ale kaczek puszczać nie umiesz.
-… też mi problem!
            León uśmiechnął się, podsuwając jej pod nos opakowanie smarties. Jakiś czas temu zauważyła, że ma bardzo ładny uśmiech. I oczy. Oczy też miał piękne, takie szaro-zielone. Podobno rzadko spotykane.
            Przyłapała się na podobnych myślach już dziesiąty raz z rzędu. Próbowała je odpędzić, jednocześnie gapiąc się na brzoskwiniowe promienienie słońca tańczące po jego policzkach.
            Lena, lecz się.
-Spróbuj jeszcze raz – zgarnął jej dłoń w swoją (nic nie poczuła, absolutnie nie), skierował ku mieniącej się światłem tafli jeziora (nic specjalnego), położył niewielki kamyczek blisko palca wskazującego (nadal nic). Puścił. Kamień z gracją przepląsał po wodzie, potem upadł, a ona nawet nie zdołała odprowadzić go wzrokiem. Wzrok pożerał kogoś innego. Nie, nie.
-Udało się.
-Mhm. Możesz uznać to za połowiczne zwycięstwo – rzucił, wkładając dłonie do wiklinowego koszyka. – Chcesz coś do picia?
-Nie teraz.
            Była silną osobą. Z pewnością przetrwałaby wojnę czterech żywiołów. Mogłaby przeczołgać się przez pustynię, znieść suszę i ponowić wyzwanie pięć razy. Potrafiła się bronić, doskonale nadawała się na gladiatora. Nawet pająki nie wzbudzały w niej lęku!
            Jak więc jest możliwe, że paraliżuje ją zwykły dotyk Leóna Verdasa?
-Kiedyś się z tobą ożenię – zadecydowała, a jego chyba coś trochę przeraziło, bo opluł się resztką sprite’a.
-Chyba to przemilczę.
-Serio. Mówię poważnie. Śmiertelnie poważnie. Bądźmy szczerzy: nikt ciebie nie zechce i mnie raczej też nie, bo jestem zbyt szczera, żeby ktokolwiek mógł mnie kochać. Zepsułam relacje ze swoim przyszłym szwagrem, ponieważ wprost powiedziałam mu, że jest idiotą i nie wierzę, że ta moja głupia siostra poleciała na jego wiecznie nadąsaną gębę. Nawet własna babcia mnie nie lubi. Kupiłam jej dżem truskawkowy, a ona takiego nie lubi i chciała wiśniowy. Kto nie lubi truskawek? Ja kocham. No i prania nie umiem robić, ale to znowu Maxi. Wiedziałeś, że nie wolno mieszać rzeczy białych z kolorowymi? Wrzuciłam jego bluzkę z tą różową kiecką Natki, żeby było oszczędniej, w końcu Klarizie wody nie będę marnować! Mimo moich dobrych intencji, coś nie wyszło, bo teraz Maxi jest właścicielem koszulki o wdzięcznym kolorze pudrowego różu. W ogóle to on i Naty znowu się do siebie nie odzywają. Może to moja wina? Nie wiem. Nic takiego nie robię. Tylko czasami przy śniadaniu rzucam jakimiś przykładowymi imionami dla ich dzieci. Ale to raczej dobry uczynek, nie? Tak więc myślę, że znowu Maxi coś schrzanił. Gadałam o nim wczoraj z Klarizą. Świetna kobieta, wspominałam już? Podobno ten bufon parę lat temu chciał zostać głównym bohaterem „50 twarzy Greya”. Wyobrażasz to sobie? Ja wtedy o tym pomyślałam i zwijałam się ze śmiechu. Ale to raczej oczywiste, że się nie nadaje. „Głupi i głupszy”… To tak, ale Grey? Kompletnie nie jego bajka. Aha, jak już wspominałam, uważam, że bylibyśmy świetnym małżeństwem.
            Chwila niezręcznego milczenia uświadamia jej, że być może trochę za daleko zabrnęła.
-I to by było na tyle…
-Okej – kiwa głową, z lekka rozbawiony. Uśmiecha się, a w niej wszystko się rozpływa i nie chce skleić się z powrotem. Cholera. – Przemyślę twoją ofertę. Ale jak już mam być twoim mężem, to nie rób więcej prania, okej?

I choćbym nie wiem jak się starał,
Nie będę umiał nigdy wyjaśnić, co słyszę gdy nic nie mówisz

            Życie chyba lubi się spóźniać. Pociągi, wyniki totolotka, miłość… To wszystko wystarczyło, by doszczętnie wyprowadzić ją z równowagi, a nadjeżdżający autobus wypchnąć z powrotem parę ulic dalej.
            Objuczona siatkami z hipermarketu, modliła się o brak jakichkolwiek ludzi, którzy mogliby przyczepić się do jej czerwonego nosa (siostra przyniosła jakąś epidemię ze szkoły), dziury w legginsach lub o wiele za dużej bluzy z kapturem. Nawet – o zgrozo – nie zrobiła makijażu. Piegi wyróżniały się stanowczo za bardzo, a gołe powieki opadały, szukając resztek snów, zagubionych przed godziną ósmą rano. Nie tak wyobrażała sobie sobotę.
            No i autobus się spóźniał! Powinna wreszcie zrobić sobie prawo jazdy. Jest dorosła, wolno jej.
-Witam panią ponownie! Mówi wyjątkowo namolny przypadek. Kojarzy mnie pani, mam nadzieję?
            Metr osiemdziesiąt i nieodłączny uśmiech na niebezpiecznie radosnej twarzy. Szczęśliwi ludzie potrafią czasem wyglądać groźnie. Jakby coś brali. Dlatego lepiej być smutnym. To banalne, klasyczne i lepiej pasuje do człowieka.
            Tak myśli ona.
-Idź stąd, Sebastian.
-Wiesz jak mam na imię? Łaaał. Niezmiernie miło mi, że poświęciłaś swój cenny czas na namierzenie wyjątkowo wdzięcznej nazwy mojej osoby.
            Zza pleców chłopaka wychyla się mała istotka o nieprawdopodobnie szarych oczach i różanych policzkach. Włosy przewiązane ma kraciastą chustą, chociaż jakieś krzywe to i nierówne. No tak. Pewnie Seba wiązał. Mężczyźni w ogóle nie mają rok do takich rzeczy.
-Po co ta dziura? Gorąco ci? Może lepiej ich nie niszcz, tylko zdejmij. Jesteś jakaś głupia, czy co?
            Seba wychucha śmiechem, a ona miażdży dziecko wzrokiem i daje do zrozumienia, że jeszcze jedno słowo do wylądowania w trumnie. Nie przejmuje się nią, dalej medytując nad poszczególnymi częściami jej ubioru.
            Najlepsze zostawiła na koniec.
-Jesteś taka płaska. Ty w ogóle jesteś kobietą?
            Tego było już za wiele. Siatki wypadają jej z rąk, zakupy turlają się po całym przystanku.
            Sebastian wręcz turla się po tej cholernej ziemi, nie zważając na „kobietę w potrzebie”. Śmieje się z tekstów małej, nie zdając sobie sprawy, na ile części pokruszyła się jej równowaga psychiczna. Właśnie, chętnie wydrapałaby komuś oczy.
            Azul rzuca się do pomocy, zbierając porozrzucane przedmioty. Camila udaje, że nie widzi, jak mała tajniacko zwija paczkę cukierków do kieszonki. A niech bierze. Walutą szczęścia od zawsze były słodycze.
-On nigdy mi nie kupuje – tłumaczy, patrząc na rozbawionego chłopaka. – Znaczy: kupuje. Ale potem zjada sam i mówi, że teletubisie ukradły. Jakby nie wiedział, że ja już jestem za stara na takie numery! – Wzdycha, krzyżując na piersi małe rączki. Paczuszka niedyskretnie wystaje jej z kieszeni.
-Chodzisz do Studia? – Seba dźga naszyte logo na jej torbie. – To ta szkoła dla pięknych i bogatych?
-Nic nie mów! – Azul przykłada palec do różowiutkich ust i patrzy przepraszająco na Camilę. – Przecież jej nie stać nawet na porządne ubranie! – Camila wzdycha, ignorując powiększającą się dziurę w legginsach. – Piękna też nie jest. Mama jest piękna.
            Tego już za wiele. Może wyzywać ją od wiewiórek, strachów na wróble czy tam chomików (brr, przypomniał jej się Andres), ale żeby przyrównywać ją do pomarszczonej kobiety o siwiejących włosach? Bo ile lat może mieć ich mama? Pięćdziesiąt? Trzeba być naprawdę stalowym człowiekiem, żeby wychować dwójkę takich rozbestwionych pokrak.
-Nie słuchaj jej. Blondynki tak mają. – Seba uśmiecha się pocieszająco; pierwszy raz robi coś właściwie. – Jak jest w Studio?
-Okej.
-Marzenie tysiąca ludzi, a ty mówisz tylko „okej”? No, no. Nasza koleżanka mierzy wysoko.
-Też było moim marzeniem. Starałam się jak mogłam, nie przyjęli mnie ot tak. Ale teraz to już chyba mi wszystko jedno. Nie poznałam fajnych ludzi. Inaczej to sobie wyobrażałam.
            Sebastian kiwa głową, jakby rzeczywiście obchodziło go to, co mówi. Azul kurczowo ściska jego dłoń, wciąż wpatrując się w pokaźną dziurę w jej spodniach. Wniosek? Wychodząc z domu, powinna taszczyć ze sobą szafę.
-A o czym marzyłaś?
-O ludziach. Takich jak ja. Z drugiej strony, chciałam znaleźć swoje powołanie. Zrozumieć, gdzie jest moje miejsce.
-Nie rozumiem o czym mówisz, ale myślę, że u krawcowej – wtrąca Azul, zachwycając Sebę tą błyskotliwą uwagą. – Ewentualnie zbiórka funduszy.
            Autobus nie przyjechał. Jakieś kolizje na drodze. No mniejsza. Siatki przywędrowały do domu za drobną (w dokładnym znaczeniu, wziął tylko dwie torby) pomocą Seby i Azul, która wiernie przyglądała się dziurze.
            Niezbyt kochani ludzie.
            Ma wielką nadzieję, że już nigdy w życiu ich nie spotka.
            Na nasze nieszczęście, los słyszy wszystkie myśli i już biegnie zmieniać scenariusz.

To zadziwiające jak potrafisz mówić
Wprost do mojego serca*



Coś czuję, że zawaliłam.
Przepraszam.

*Ronan Keating "When you say nothing at all"

6 komentarzy:

  1. O jeny, ale rozdział! ;) Mieszasz w emocjach, kręcisz, a potem wywracasz na lewą stronę :P

    Nie, no te oświadczyny w kontekście wyższości dżemu truskawkowego nad wiśniowym i prania bielizny białej z kolorową są po prostu odjazdowe. xd No i dla okrasy ten z deczka przestraszony Leon.... ;)
    ech, co to rownouprawnienie z ludźmi nie porobiło.... hihihi :D

    A potem prognozy przyszłości zawodowej Camili jako wybór pomiędzy krawcową a zbieraczem funduszy.... hihihi.... wybrałabym chyba na pewno zbieranie funduszy ;) i to koniecznie we wściekle fioletowym sweterku Germana ;) hihihi :D

    Zdrowo namieszałaś mi w głowie...;) po przeczytaniu rozdziału spokojnie mogę zgłaszać się na oddział... hihihi... zamknięty ;p

    Niezwykła jest też scena z metamorfozą Ludmiły; to ziarnko prawdy, które tam przebija, jest zawadiacko oszałamiające :) a potem porywa :)

    Jak tak dalej będziesz pisać, to będziesz miała mnie na sumieniu ;)
    Weny ;)

    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Aciu!!
    Pozwól, że zajmę sobie miejsce, dobrze?

    OdpowiedzUsuń
  3. Kocham twoje iopowiadanie, czekam na nexta <3.
    Wiesz, strasznie spodobało mi się takie trochę wyjaśnienie zachowania Violki i to ohydne Germanangie w tle. A ! Ubóstwiam Diegarę, a twój blog jest 1 na którym ją spotkałam ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. Na samym początku pragnę jedynie uwzględnić, że pozbyłam się – usunęłam – większości wypowiedzi mojego autorstwa, które pojawiły się tutaj. Dlaczego? Muszę przyznać, że przeczytałam całe opowiadanie od podstaw; no co – kocham je. Kiedy tylko zobaczyłam swoją nazwę użytkownika, oniemiałam. A gdy przeczytałam treść komentarza… nieistotne. Eh, zawiodłam się – delikatnie mówiąc. Poza tym, nieźle się uśmiałam. Czy ja naprawdę tak kiedyś pisałam? Okej – nadal nie jestem na mistrzowskim poziomie, ale mam nadzieję, że poprawiłam się od tamtego czasu, bo aż mi się wstyd zrobiło. Wybacz mi ten lekko przydługi wstęp; chciałam się jakoś wytłumaczyć z tych usuniętych wypowiedzi.
    Przeczytanie całej historii zajęło mi… trzy dni? Hm, jeśli miałabym określić tylko czas, który poświęciłam na czytanie, wyszłoby znacznie mniej, ale no – nieważne. Dokładnie przeanalizowałam wszystkie wątki, i wiesz co? Moje podejście nadal nie uległo zmianie: nadal na pierwszym miejscu stawiam wątek Naxi, którzy w twoim opowiadaniu, niesamowicie mnie ujmują. OK. – Maxi jest dość… oschły (mało powiedziane) dla Natki, ale i tak wiem, że niebawem się zmieni. No, mam nadzieję. Oni SA uroczy nawet wtedy, gdy się kłócą. Szkoda tylko, że Natalia nie potrafi się sensownie obronić, ale mimo wszystko, zauważyłam w jej zachowaniu dużą zmianę. Im bardziej zagłębiałam się w całe opowiadanie, tym mocniej to odczuwałam. Tym bardziej, że rozdziały czytałam w naprawdę niewielkim odstępie czasowym, więc o niczym nie zdołałam zapomnieć. Co mym dalej? Lenka i Leon. Uwielbiam tę dziewczynę, serio. Podoba mi się jej osobowość: jest szczera, bezwzględna, nikomu nie słodzi; mówi to, co myśli – ja bym chyba tak nie potrafiła. I mimo, że ten idiota nadal myśli o Violce kibicuję Le… Jak nazywa się ich parring? Nieistotne. Są słodcy razem, więc nie widzę przeciwwskazań. Natomiast martwi mnie relacja Natalia-Violetta. Okej – Nata zasługuje na przyjaciółkę, ale na taką? Błagam. Niby Violka ma w twoim opowiadaniu bardziej ludzkie wcielenie, jednak nadal nie darzę jej postaci sympatią. Irytuje mnie. Zwłaszcza swoją postawą, wobec Federico. A właśnie… kolejny dureń do kompletu. Czy on jest ślepy? No przepraszam, ale to jasne, że Violetta nic głębszego do niego nie czuje, więc niech się opamięta, bo skrzywdzi Lu. Jejku, uwielbiam ją u ciebie. Z pozoru chłodna, oziębła, a jednak kryje w sobie uczucia, o których istnieniu sama nie ma pojęcia. Kurczę, chcę tylko, żeby wreszcie była szczęśliwa, by wróciła dawna Luśka, która nie traktowała Naty, jak śmiecia. Zostały mi dwa wątki do omówienia, tak? Lara i Diego. Kochani. Czytając fragmenty z nimi, uśmiałam się. Uroczo sobie dogadują, serio. Szkoda, że Vale nie gra już w serialu, a Diego jest z Fran. Ta dwójka stworzyłaby naprawdę świetne połączenie, jestem tego pewna. I na koniec… Cami-Andres-Seba. Szczerze? Wolę, żeby Camila była z tym od chomików. W serialu podoba mi się Semi, ale tutaj – Cares jest piękne. A, siostra/kuzynka (wybacz nie pamiętam) Seby jest świetna.
    Niesamowicie piszesz, czekam na dziewiętnastkę.

    OdpowiedzUsuń
  5. Chciałam ci tu napisać, że masz naprawdę ogromny talent! Przeczytałam wszystkie osiemnaście rozdziałów i muszę przyznać, że twój blog dołączył do grona moich ulubionych. I tak, zawaliłaś. Nie powinnaś odchodzić, zawieszać, zamykać czy jak to sobie tam nazwiesz. W prawdzie zaczęłam czytać twojego bloga, ale nie dam radę tam wrócić. Chociaż treść jest piękna i bardzo dobrze napisana to bardzo smutna. Jak dla mnie zbyt smutna. W każdym razie bardzo brakuję mi twoich rozdziałów i mam nadzieję, że jeszcze zmienisz zdanie!

    OdpowiedzUsuń