czwartek, 18 września 2014

Umrę, śmiejąc się.

Tytuł: ”Umrę, śmiejąc się”
Para: Diegara (Diego & Lara), Naxi (Natalia & Maxi)
Gatunek: Dramat, romans, komedia
Przedział wiekowy: K


Pionek niedbale rzucony na planszę życia. Pchany przez kolejne rzuty kostką. Brak możliwości powrotu. Rozczochrane włosy i rękawiczki ubrane na zziębnięte dłonie. Kilkudniowy zarost na zmęczonej twarzy. Idzie zmięty przez wyjątkowo ciężkie powietrze. I tak trudno mu oddychać.
Lara kochała jesień, myśli, ściślej opatulając się brunatnym płaszczem. Dzieci grają w karty przed blokiem. Jakaś para obdarowuje się pocałunkami. W zasadzie szara jesień nie miała znaczenia. Mogło być lato, wiosna, zima, deszcz, pożar, zaćmienie, a i tak czułby tę samą pustkę, która teraz każdego wieczoru siadała obok niego przy kominku, wpatrując się smutno w brunatne tęczówki. Nie musiała się tak gapić. Przecież wygrała.
Kiedyś na jej miejscu był ktoś inny. Lara rozkładała się na fotelu z aktualnie czytaną książką, zapominała o bożym świecie i nawet, gdy władował się pod jej koc, tylko po omacku głaskała go po szorstkim policzku.
Teraz siedział sam, a niedoczytana książka smętnie leżała na poduszce, otwarta na stronie sto pięćdziesiątej ósmej. „Cień wiatru” Zafón’a. Zawsze go uwielbiała.
Często przeglądał jej książki, zaciskał palce na stronach, po których przejeżdżały jej dłonie. Ustawiał je tak, jak zawsze. Wedle ułożenia, jakie pozostawiła Lara.
Wczoraj skończył „Grę anioła”. Wyłączony z realnego świata, jeszcze bardziej się pogrążył, ale w lepszy sposób. Lara mówiła, że książki nie zadają bólu. Parę razy przyłapał się na zdaniu skierowanym do niej, jakimś błyskotliwym komentarzem na temat Davida Martina, ale zaraz potem bladł i wracał do czytania.
W uszach cały czas grał mu jej śmiech, kiedy stwierdziła, że nie wie, jakim cudem związała się z mężczyzną, którego ostatnią lekturą była instrukcja od komórki.


Tłok w klubie był niewątpliwie radosnym widokiem dla jego oczu zmęczonych ostatnim rokiem szkolnym. Całe wakacje miały zejść mu na imprezach, co służyło za odprężenie i ponowne zbratanie się z beztroską, którą miał za swoją dobrą znajomą. Lubił to. Poznawał nowych ludzi, bawił się, nie martwił o jutrzejszy dzień. 
Z głośników bębniła ciężka muzyka, osoby na parkiecie poruszały się coraz pewniej, a on kompletnie wyluzowany myślał, że nie warto przejmować się życiem, kiedy jest się w takim miejscu.
Blondynka przy barze pomachała dłonią. Poznał ją wczoraj. Wysoka, ładna, niebieskie oczy. Rozmawiali o kompletnie nieistotnych rzeczach, bardziej interesowali się sobą nawzajem. Już miał do niej podejść, kiedy jego oczy natrafiły na drobinkę cisnącą się w czarnym, skórzanym fotelu, pachnącym tytoniem. I – kompletna rewelacja i niedorzeczność jego zdaniem – w dłoniach ściskała książkę.
Zanim zdążył dopasować ją do grupy spłoszonych licealistek przywleczonych tu przez bardziej rozrywkowe koleżanki, zauważył, iż ona wcale nie jest przestraszona. Z irytacją spoglądała na zbyt głośnych ludzi, zakrywała uszy – nie chciała słuchać muzyki, widocznie kompletnie odbiegała od jej gustu. Miała na sobie dżinsy i beżową koszulkę z wyszytym napisem „Los Ami”*.
Jego nogi zmieniły kurs, pozostawiając blondynkę z osłupiałą miną i drinkiem w prawej dłoni. Już przed nią stał, lustrował wzrokiem, skrzyżował ramiona.
-Biblioteka chyba w drugą stronę.
Nim podniosła wzrok, pozostawiła czerwoną zakładkę na stronie czterdziestej piątej, zamknęła książką i jęknęła żałośnie.
-Boże, tu jest strasznie. Przed chwilą był tu taki jeden i pytał, czy mam ochotę na szybki numerek. Kazałam mu się odpieprzyć, jeszcze czego. Potem zawołałam Leona, ale on stwierdził, że to tutaj normalne. Też coś! On sam ledwo trzyma się na nogach. Powiedz mi: czy ja wyglądam ci na człowieka, który lubi obracać się w tak słabym towarzystwie? To przez Leona, mówił, że będzie fajnie. Wątpiłam, bo opisy imprez w książkach są strasznie męczące i proszę! wiem dlaczego. Wzięłam to – postukała palcami w okładkę tomiska – ponieważ nie spodziewałam się żadnych rewelacji. Co minutę przychodzi tu jakiś porąbaniec, a przy tej świńskiej muzyce nie można nawet czytać. Gdzie jest ten León? – rozejrzała się dookoła. - Musi zabrać mnie do domu!
Zamiast obdarować ją jakąś błyskotliwą anegdotką, jak to miał w zwyczaju, stał przed nią milczący, gdyż kompletnie nie miał pojęcia jak obchodzić się z takim typem dziewczyn. Wydawało mu się, że zna wszystkie. Jedne chciały wyłącznie zewnątrz, drugie zerkały w jego stronę z nieśmiałym uśmiechem, trzecie były twarde, niczym skały, ale ostatecznie ulegały, tymczasem spoglądał w oczy przypadkowi wyjątkowemu.
-I co się gapisz? Tylko nie mów, człowieku, że ty również chcesz mi jakieś niemoralne propozycje składać! Wy wszyscy jesteście tacy sami. Dlaczego David Martin istnieje tylko tu? – ponownie wskazała na książkę. – To niesprawiedliwe wobec normalnej pozostałości grona żeńskiego na tej planecie. Nie wiem jak jest z innymi. Nie za bardzo lubię scence fiction, rozumiesz.
-Dobra, przestań mówić. Ma dosyć – westchnął, wdzierając się między strzępy jej zdeterminowanego spojrzenia. – Istnieje coś takiego jak autobus. 
-Dzisiaj sobota, żaden nie jeździ.
-A ten twój kochaś?
-Wypraszam sobie, to po prostu chłopak, którego właśnie zamierzam rzucić, bo nie współgramy ze sobą i zabiera mnie w takie ohydne miejsca. Okropność!
-Z taką jadaczką nie znajdziesz sobie żadnego.
-Rany. Jak nie napalony, to bezczelny. Gardzę ludźmi – wzdycha, szukając Leona w tłumie. – O, jest!
Podąża za jej wzrokiem. – No faktycznie. Jest, ale nie wiem, czy zdaje sobie z tego sprawę.
León stał na samym środku parkietu, nieznacznie poruszał kończynami, jego dłonie biegły po talii rudowłosej piękności z odsłoniętym brzuchem i obcasami wyjętymi prosto z szafy Lady Gagi.
Dostrzegł swoją (byłą) dziewczynę, zaczął mamrotać nieokreślone słowa, mocniej przyciskać do siebie kobietę.
-Larusia! Kocham cię, moja piękna! – krzyknął, całując Rudą. – Ale ją też. Boże, jest cudowna jak ta sprzedawczyni na rogu. Wczoraj dała mi zniżkę na te… banany. Lara, chodź ją zobacz. No chodź!
Teraz oboje stali osłupiali. Ona z książką, on w skórzanej kurtce, ona sceptyczna, on rozbawiony. Grupka dziewczyn wytykała ją palcami. Wymieniły się chichotami. Ani trochę ją to nie ruszyło. Zapewne dlatego, że w jej oczach były tylko pannami na jedną noc.
-Nie wierzę. No po prostu nie wierzę – zaczęła chodzić w kółko, a jego wzrok cały czas biegł za nią. – Jak musiałam nisko upaść, by związać się z takim czymś! Słuchaj no, ja nie oczekuję, że facet będzie nosić mnie na rękach. Chcę tylko miłości, wtedy wszystko samo się załatwi. Trudno. Jest druga w nocy, mam dom na samym końcu miasta i parę nóg przy sobie. Okej. Idę. Bo przecież żaden psychopata nie wyskoczy mi zza krzaka… - przełknęła ślinę. – Aktualnie chyba nienawidzę życia.
Cierpliwość blondynki z baru dobiegała końca, a on wciąż interesował się tę wariatką z książką pod pachą i buzią, która się nie zamyka. Teraz się bała. Uważał strach za strasznie kobiecy (głupota). 
-Wygląda na to, że nie wsiądziesz do samochodu z tym uroczym absztyfikantem. 
-Mowy nie ma!
-Ale ja nie piłem. Ewentualnie mogę cię odwieźć.
-Przecież ja cię nie znam! – obruszyła się. – Jak masz na imię?
-Diego.
-Ja Lara.
-To od „Larysy”?
-Tylko się nie śmiej!
-Nie będę się hamował. W każdym razie już się znamy. Mogę obiecać, że jeśli postanowię wywieźć cię do lasu i zakopać, uczciwie zgłoszę się na policję. 
-Bardzo śmieszne. 
-No to nie. Wracaj sama przez całe miasto, pełne ludzi, którzy tylko czekają na takie małe i samotne…
-Nie jestem mała! Mam metr sześćdziesiąt trzy! – broniła się. – Dobra. Ostatecznie mogę się zgodzić. Przysięgnij na paluszek, że odwiedziesz mnie do domu – widząc jego zbolałą minę, wyszczerzyła zęby w uśmiechu. – Robiłam tak z tatą jak byłam młodsza.
Odwzajemnił gest i z dziwnym ciepłem wyciągnął dłoń w jej stronę. Bawiła go. Skądś padło hasło „dziwadło”. Może i tak, pomyślał, ale bardzo ładne dziwadło. Czekoladowe oczy spojrzały na niego prosząco.
-Przysięgasz?
Ich palce się splotły.
-Przysięgam.


 Wiedziałem, że to Ciebie chcę, kiedy ujrzałem Twój uśmiech.
 Zakochałem się w Tobie, kiedy pierwszy raz Cię pocałowałem.
 Potem już tylko chciałem się z Tobą ożenić.

-Nigdy w życiu nie zrobię prawa jazdy – wyznała, gdy skręcał w stronę jednego z ładniejszych osiedli. – Boję się. 
-Może to i lepiej. Dla zdrowia psychicznego innych kierowców, wiesz.
-Z każdym tak gadasz?
-Jak? Jeśli uznałaś to za ponętne i wyjątkowe, odpowiem, że tylko z tobą.
-Oznaczałoby to również, że ja jestem kimś szczególnym.
-To na pewno. Nie spotkałem jeszcze osoby, która tyle kłapałaby jęzorem.
-Zazwyczaj siedzę cicho. Z idiotami się nie dyskutuje.
-Wychodzi na to, że jestem dla ciebie inteligentny. Mogę umrzeć spełniony.
-Patrz na drogę, debilu. Nie chcę wypadku.
Uznał, że nie da się nie spuszczać wzroku z trasy, jeśli obok ciebie siedzi prawdopodobnie jedyna dziewczyna, na której nie wywarł większego wrażenia, za to ona zrobiła to z piorunującą siłą. 
Latarnie oświetlały ulicę, kawałki światła pląsały po jej szarości. Wyciągnąć dłoń, ścisnąć je w pięści i podzielić się z nią.
-Ty i León długo się spotykaliście?
-Latał za mną ponad miesiąc – skrzywiła się. – Uznałam, że możemy dać sobie szansę, ale widać, co z niej wyszło. Nienawidzę facetów. 
Nienawidził tego, że nie patrzyła na niego w szczególny sposób. No dobra. Może tak robią tylko te zakochane pary, które na każdym kroku rzucają się sobie do ust. Najczęściej zajmują się tym na środku chodnika, zagradzając niewinnym przechodniom drogę. Generalnie chodziło mu o coś w rodzaju pożądania. To nie brzmi skromnie, lecz większość kobiet wpisywała go na swoją wyimaginowaną listę „Moje największe marzenia”.
A ta obok: nic! Tylko się wydzierała, żeby nie przejeżdżał na czerwonym.
-Mogłam iść na nogach.
-To wysiadaj, droga wolna – zjechał na pobocze, mając dość tych wszystkich jęków. – Wkurzasz mnie.
-Wolne żarty. To ty jesteś odpychający. Prócz tego arogancki, powierzchowny, nieodpowiedzialny…
-Jezu, zamknij się – jęknął, pocierając czoło dłonią. – Już nigdy nie będę robił za taksówkę. Słowo daję.
-Ludzie to tylko krytykują. Nie mówisz – nieśmiały, sztywny. Mówisz – uciążliwy, nadpobudliwy. Cokolwiek teraz zrobisz, zaraz dotyka cię jakiś niemiły komentarz.
-Wyczytałaś to ze swoich książek? – Mruknął niechętnie, ponownie wkładając kluczyki do stacyjki. – Daleko jeszcze? Wolałbym mieć już cię z głowy.
-Wolałbyś mieć mnie już z serca.
-Udam, że rozumiem, o co ci chodzi.
Mocniej zaciska dłonie na kierownicy, czując, że zaraz wybuchnie. Jak mógł zainteresować się takim kimś? Wymazywał ze świadomości fakt, iż kilkanaście minut temu był nią wyraźnie zaintrygowany. Ale to nic. Było, minęło. Jest noc, ludzie nie muszą kontaktować, okej?
Teraz to ona się na niego gapiła. Nawet nie musiał się odwracać. Przejeżdżała wzrokiem po jego twarzy. Tymi czekoladowymi, ciemnymi, chłodnymi oczami… brr! Okropność. W tym momencie zaczął tęsknić za uroczą blondynką z baru – teraz siedzi i zrywa boki ze śmiechu. Tak się poniżyć. Tak pomylić.
-Gdybym ci się nie podobała, nie podwiózłbyś mnie. Znam taki typ, Diego. W książce często występują tacy… no, jak ty. Napaleni na wszystko, co oddycha.
-Przegięłaś – syknął i gwałtownie skręcił w lewo, tak że zarzuciło ją na jego kolana. – Sorry. To niechcący.
-I wiesz, co jeszcze? – dumnie wróciła na swoje miejsce, ignorując krzywy uśmiech na jego twarzy. – Jesteście strasznie wrażliwi na krytykę. To bardzo szkodliwe. Zawsze zjawi się ktoś, kto przyczepi się do naszego stylu życia. Nie zawsze będzie to konstruktywne czy uzasadnione. Ale myślę, że jest potrzebne.
-Potrzebna mi jest jedynie cisza. Błagam, daj człowiekowi odetchnąć. I wcale mi się nie podobasz.
-Aa. To też stały model. Często mówią tak w romansach. A potem biorą ślub, mają dzieci i…
-Prędzej się powieszę, niż będę ojcem twoich dzieci.
-Spokojnie. Najczęściej takie wątki okazują się tragedią. Na przykład: ona umiera, on nie może poradzić sobie z życiem.
-Czekaj, czekaj. Odwrotnie. On nie może sobie poradzić, bo jego domniemana ukochana okazuje się straszną jedzą. Ma dosyć, zabija ją i w tym momencie jesteśmy świadkami szczęśliwego zakończenia.
-Odnoszę wrażenie, że najbardziej romantycznym filmem, jaki widziałeś jest „Piła” – mruka z pogardą, przejeżdżając palcem wskazującym po twardej okładce. – O książkach nie wspomnę. Ten typ nie czyta.
-Ten typ, ten typ… Nie drąż tematu.
Kiedy dojeżdżają, gotowy jest paść na ziemię i dziękować Bogu za koniec najtrudniejszej podróży w jego osiemnastoletnim życiu. Larysa chowa książkę do torby, gotowa pożegnać się raz na zawsze z jego bezczelną osobowością. Wreszcie. Wreszcie. Wreszcie!
-To jedna z najpiękniejszych chwil w moim życiu.
-Jest zaraz po tej, jak mnie poznałeś?
-Nie. Ta leży gdzieś na dnie wysypiska. Uroczo było, już się zmywam.
-Jesteś rozczarowany? – zbliża się o krok, ostrożnie.
-Niby czym? Ostatni raz tak się cieszyłem, jak znalazłem centa na chodniku.
-Większość dziewczyn reaguje na ciebie identycznie. A ja nie!
Jego zmarszczenie brwi, jej kolejny krok.
-Znaczy jak?
-No coś w ten deseń…
Smak karmelu. Stał jak osłupiały. Jej usta powoli błądziły po jego wargach, dłonie delikatnie muskały policzki. Wplątał palce w jej włosy, kasztanowe loki nieśmiało stykały się z jego szyją. Światło latarni zakreślało kółka na ich ciałach, ściśle – lecz dziwnie troskliwie – wtulonych w siebie. 
Nagle wiśniowe wargi pośpiesznie odrywają się od ust Diego, gotowe uciec jak najdalej od jego palącego spojrzenia. Lara patrzy na niego z popłochem, a jej mina mówi, iż popełniła właśnie największą zbrodnię stulecia.
Może nawet zwróciłby uwagę na tę subtelną ciszę panująca wokół nich, ale przerywały ją entuzjastyczne wrzaski jego serca. Nie miał bladego pojęcia, że narządy wewnętrzne również mogą być w głębokiej ekstazie.
Natychmiast je uciszył. Pewnie, niech się ekscytuje. Jest czym. Całowali się. Wielkie rzeczy.
 Znowu krzyknęło z radości.
 Cholera, Diego, ogarnij się.
-Boże. Jaka ja jestem słaba. Katniss dzielnie przeżyła „Igrzyska śmierci”, a ja nie mogę poradzić sobie z tobą, kretynie. Powinnam się leczyć.
-Spokojnie – jeszcze nie ochłonął, ale uśmiech nie schodzi mu z twarzy. – Ten typ tak ma.
-Ale... – rozpaczliwie szuka właściwych słów, dobiera zdanie do zdania. -Generalnie zrobiłam to, bo jako pierwszy się mną zainteresowałeś. Inteligentne kobiety widzą takie rzeczy. 
-Słyszysz?
-Co?
-Jak ci nie wierzę.
-A ty wciąż swoje! Nie będę zabiegać o jakikolwiek kontakt z tobą. To uświadomi ten twój pusty łeb, że w moim sercu nigdy nie będzie miejsca dla takiego idioty ze słabej dyskoteki. Nie czekaj na mnie!
-To też wzięłaś z książki?
-Dobranoc! – Krzyczy tylko i spalona ze wstydu, z trzaskiem zamyka drzwi wejściowe.
 Jednak wszystkie są takie same.
 Teraz wraca: i do klubu, i do starego trybu funkcjonowania.
 Jakby ta dziwna istota stworzyła jakiś nowy…
 Po pewnym czasie to okazało się trudne.
 Bo ile można wstawać i czuć ten pieprzony smak karmelu na ustach?

Nigdy nie był jakoś szczególnie uczuciowy, a już na pewno jego marzenia nie krążyły według słodkiego obrazku małżeństwa z dzieckiem, psem i domkiem jednorodzinnym. Preferował koty. Resztę uważał za kompletną tandetę.
A potem, cholera, ona się uśmiechnęła.
Zburzyła wszystkie mury, zamiast nich powstały jakieś chore fascynacje, dobre myśli. Czuł się jak obłąkany. A jednak, co wieczór przyjeżdżał pod jej dom, mogąc wyczekiwać godzinami. Na szczęście uniknął tego zaszczytu, gdyż zawsze wychodziła szybko. Z książką w ręku, bo „jest opcja, że będzie nudno”. W jego towarzystwie nie przeczytała nawet wersa. A potem zaczęli spotykać się we dwójkę (czyli bez trylionowo stronicowego potwora). Często wracała do niego scena, gdy zbiegła ze schodów w zielonej sukience i rzuciła mu się na szyję. Nie miała nic w rękach.

-Nie masz książki?
-Nie. Kocham cię.
-Ja też cię kocham.


 Uśmiecha się przez łzy.
 Tak bardzo chce żeby wróciła.


Nigdy nie chciałam cię skrzywdzić, Diego. Mówiłeś, że nikt i nic nie jest w stanie zrobić ci przykrości. Ale ja zawsze byłam inna, wiesz o tym. Człowiek ze stali płacze, a ja żyję – lub tylko istnieję – w przeświadczeniu, iż dokonałam krwawej zbrodni. Doszczętnie cię zniszczyłam. A przecież tylko zamknęłam oczy…
Nie widzą mnie. Płynę między nimi. Unoszę się nad ich głowami. Czasami staję przed jednym z nich i przyglądam się tej zmęczonej, bladej twarzy. Nie wytrzymuję. Chciałabym oderwać się od ziemi i polecieć w górę. Uwolnić się od jednej drugiej życia. 
Jakaś niewidzialna bariera zatrzymuje moje ciało, zwraca w druga stronę. Nie każe odejść. Coś wciąż trzyma mnie na uwięzi. Poprawka: Nie coś, tylko Ktoś. Ty.
Przecież ja wcale nie chcę odchodzić. Nie teraz, w każdym razie. Wyobraź sobie: wbijasz nóż w serce osobie, którą kochasz i zostawiasz ją bez słowa pożegnania. To nieuczciwa zagrywka. Będę czekać, dopóki rana na twej duszy się nie zagoi. Do końca? Tak się da? Nie wiem, Diego.
Zawsze jestem przy tobie. Całuję cię na dobranoc. Późno wstajesz. Nie ma nikogo, kto mógłby cię budzić. Siedzę przy stole, gdy szykujesz dla siebie śniadanie. Mało jesz. Z przyzwyczajenia nakrywasz też moje miejsce. Potem uświadamiasz sobie błąd, podpierasz dłońmi o blat i zaczynasz płakać. Diego Hernandez nigdy nie płacze. To twoje słowa. Obietnice są zbyt kruche, kochanie.
Zafón nigdy nie wybaczy mi tej książki. Możesz odłożyć ją z powrotem na półkę. Jeśli chcesz, przeczytaj ją za mnie. Niedawno zacząłeś to robić. Potem opowiadasz – a właściwie krytykujesz – zawartość powieści, niepewność bohaterów, realność sytuacji. Zawsze mnie to śmieszy. Słyszę wszystko, co mówisz, każde słowo. Szczególnie tam.
Codziennie chodzisz na cmentarz. Kwiaciarka trzyma dla ciebie najpiękniejszy bukiet różowych goździków. Dziękujesz jej, płacisz, idziesz w swoją stronę, a ona kręci tylko głową i wraca do układania kwiatów. To za długo trwa, Diego. Minęło pięć lat.
Goździki zawsze kładziesz na środku, tak by otaczały je skromnie zdobione znicze z miedzianą pokrywką. Ten sam schemat. Zawsze. Potem zaczynasz mówić, opowiadasz, jak minął ci dzień, jak paliwo podrożało, jak Natalka narzeka na bóle brzucha (wiadomo, siódmy miesiąc), a Maxi nie potrafi ogarnąć jej huśtawki nastrojów, jak deszcz często pada, jak źle ci beze mnie… Czytałam kiedyś, że różowe goździki mówią „czekaj na mnie”. 
Poczekam, Diego. Jeśli tylko ty przestaniesz czekać aż ja wrócę.
 Nie wrócę, kochanie.
Przepraszam.


-To są jakieś jaja – mruknęła, masując obolałe stopy.
Czarne szpilki leżały porzucone gdzieś w kącie, a w ustach mięły się kolejne mało pochlebne epitety o tym feralnym dniu, który symbolizował się szczególnym kiczem i radosnym wyciem jednego z licznych wujków Natki. Nie wspominając już o ten tandetnej muzyce – jak ona nienawidziła disco polo! 
Zerknęła na parkiet. Z ulgą stwierdziła, że Diego jeszcze trzyma się na nogach i może nie będzie jedną z tych kobiet, które z czerwoną twarzą i serią przekleństw wytaszczają partnerów do domu. Od kiedy zrobiła prawo jazdy, stale kursowała w tą i z powrotem, bo chłopak trochę przeginał, a dom za daleko. Jeszcze go ktoś porwie. Także jeździła do wszystkich jego znajomych, odbierała swoją własność, po czym udziela mu długiej reprymendy na temat picia – zwykle nie docierała do końca, bo już bezczelnie chrapał. W takiej sytuacji obrażała się na tydzień, czekając aż przyjdzie do niej z skruszoną miną i goździkami. Tymi różowymi. Miała do nich wielką słabość.
Najchętniej odnalazłaby Natkę w tłumie i ponarzekała jej na te beznadziejne buty (a już miała wychodzić w trampkach!), ale że to ona była bohaterką wesela, nie wypadało popsuć jej dnia swoimi kaprysami. Obecnie siedziała na kolanach Maxiego. Schowani za cienkim, śnieżnobiałym welonem, całowali się po raz dwieście sześćdziesiąty trzeci tego dnia. 
Zniesmaczona stwierdziła, iż to ona doprowadziła do komicznej liczby okazywanych sobie czułości. Za którymś razem miała dosyć robienia za taksówkę Diego i poprosiła Maxiego, by łaskawie przyjechał po swojego niedorobionego przyjaciela. W połowie drogi wysiadł mu samochód. Duma nie pozwalała mu zadzwonić po pogotowie drogowe, też siedział tam dwie godziny. Los chciał, że miłość jego życia zjawiła się grubo po północy z rozwianymi włosami i magicznymi dłońmi (opisywał jej to bardzo dokładnie), które w trymiga wymieniły pękniętą oponę. Chcąc wywrzeć na niej większe wrażenie, zabrał ją do McDonalda – bo całodobowy. Z niewiadomych przyczyn poleciała na niego od razu. Aha – Diego wrócił trzy dni później. Podobno trzeźwiał. Nieważne gdzie. Do dzisiaj nie chciał jej powiedzieć.
Ogólnie rzecz mówiąc wszystko (czyli frytki, chicken box i opony) prowadziło do dzisiejszego dnia, gdy Natka i Maxi przysięgli sobie miłość do końca życia, a ona umierała w ciasnych butach. Można i tak.
         Jakaś blondynka (ironia, ten kolor włosów zawsze ją dobijał) zakręciła się koło Diego. Zmarszczyła nos. Nadeszła pora, by wstać. Obcasy były piekielnie niewygodne, ale może sprawdzą się jako broń? Z tym postanowieniem chwyciła buty i z morderczym wyrazem twarzy skierowała się w stronę chłopaka i tej wypacykowanej lafiryndy – nie żeby coś, ale ona była pierwsza.
-A panienka wreszcie wstała! Mogę prosić do tańca?
-Nie.
Wujek tylko machnął ręką i z radosnym ożywieniem porwał ją w ramiona, okręcając wokół własnej osi. Zdzielenie go po łbie nie wchodziło w grę. Obiecała Diego, że będzie zachowywać się jak człowiek – jakby na co dzień miał ją za potwora, dobre sobie.
Starszy pan zaczął dziwnie poruszać biodrami. Nabrała powietrza w płuca, dumna z siebie. Nie zeszła jeszcze na zawał. Chyłkiem wysmyknęła się z jego ramion i rzuciła w tłum, bezlitośnie przepychając się do Diego. 
Długonoga blondynka miała na sobie szpilki. Jakby nie wystarczyło jej, że już bez nich dosięga do sufitu. Ale cóż. W takiej sytuacji nie może być gorsza. Gdyby trzeba było komuś przywalić, najwyżej je zdejmie. 
-Chwila uwagi! – Do mikrofonu podeszła niewysoka kobieta z cudacznym kokiem na czubku głowy. Mama Natki. – Proszę chętnych o ustawienie się pod sceną! Za chwilę moja córka i ten drugi… Maximiliano – tu nastąpiło krzywe spojrzenie w kierunku zięcia. – No tak, o gustach się nie dyskutuje.
-Mamo! – Natalka poderwała się z kolan narzeczonego i jednym susem znalazła się koło rodzicielki. – Nie tutaj!
-Ale…
-Sama to zrobię – wyrwała jej z rąk mikrofon, uśmiechając się przepraszająco. – Wybaczcie jej. Jest zmęczona. Kochani, może odstajecie od tej tradycji, ale zawsze warto się pobawić. Zasady przekazania welonu i krawatu są proste. Odwracam się do tyłu, a wy… - przerwała, gdy zobaczyła cały tłum kobiet gnieżdżących się od sceną, w tym jej osiemdziesięciodwuletnią babcię, której mąż ze stoickim spokojem sączył wino z kieliszka. – Okej. To może jednak zaczniemy z krawatem.
Prychnęła pod nosem, stawiając niezdarnie pierwszy krok. Złapanie jakieś pierdoły nie daje wiecznego szczęścia w miłości. A ten ich wzrok… Jak u drapieżnika. Pełen pożądania. Tak to ona patrzy sobie na czekoladę. Nie będzie się bawiła w żadne durne gry. To wbrew jej przekonaniom. 
Zatrzymała się. Okej. Diego jednak jest kompletnym kretynem. Stał na środku, szczerząc zęby i wyciągając swoje łapska do przodu. Tak, z pewnością złapie krawat. Już ona to widzi. Tylko się kompromituje.
-Przypominam, że zwycięzcy muszą razem zatańczyć. – Maxi zamknął oczy i odwrócił się do tyłu.
Spojrzała w stronę staruszka, z którym tańczyła. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Musi się gdzieś oddelegować. Jeszcze – nie daj Boże – welon spadnie prosto na nią i będzie zmuszona do ponownego ośmieszenia na parkiecie. Bardziej prawdopodobna wydaje się wygrana „wujka”, niż Diego. Z takim talentem… Na pewno nie!
Krawat poszybował w górę, razem z nim kilkadziesiąt par rąk spragnionych szybkiego ożenku. Westchnęła, przeklinając to tandetne, ogłupiające, idiotyczne, kompletnie bezsensowne przedstaw…
-Złapałem!
Naraz rozległy się głosy oburzenia, dyskretne brawa, wiwaty ze strony dziewcząt i pochmurne „a bo to wszystko było ustawiane!”. Diego stał na środku tłumu, dumnie unosząc w górę ciemnoszarą zdobycz z podejrzanym czerwonym śladem na przedzie. 
-Stary, mam nadzieję, że to nie twoje! – Wskazał na plamkę, zanosząc się szczeniackim śmiechem. Maxi rzucił pretensjonalne spojrzenie na Naty, która akurat chowała się za welonem, odmawiając składania zeznań na temat dziwacznego przewinienia. Dyskretnie ścierała czerwoną szminkę z ust, co jakiś czas gestem prosząc dziewczyny o przygotowanie do kolejnej „łapanki”.
Ale ona nie zwróciła na to uwagi.
Liczył się tylko krawat w dłoniach Hernandeza. 
Liczba dziewcząt chętnych do zabawy niepokojąco wzrosła. 
Długonoga blondynka stanęła niepokojąco blisko Diego. 
 O nie. Nie, nie, nie.
Gdy Natka skończyła maskować dowody zbrodni, ona poderwała się z miejsca i szybkim tempem ruszyła w stronę tego niszczyciela marzeń – oczywiście, na ile szybko można iść w kilkunasto centymetrowych zabójcach. Nigdy więcej obcasów.
Zawsze była dobra z koszykówki, piłki nożnej, zbijaka, siatkówki, ping – ponga, tenisa ziemnego, tenisa stołowego, palanta, piłki ręcznej i golfa (to ostanie nie było zbyt pochlebne, ale jej dziadek nie robił nic innego). To jest chyba podobne. Rozchodzi się o marny, głupi welon, żaden skarb… A jednak może pchnąć jakąś lafiryndę w ramiona tego wyszczerzonego idioty, który ma prawo obejmować tylko i wyłącznie Larę! 
Ustawiła się gdzieś między Violettą a Camilą. Trochę bała się tej drugiej, gdyż wydała się szczególnie zawzięta. Była również dumnym posiadaczem oczu mogących zabijać. Nie lubiła takich. Wzbudzały w niej szczególną niechęć i przypominały opiekunkę z przedszkola, na siłę wciskającą jej kaszkę mannę. Identyczne spojrzenie. Właśnie po tym poznaje się psychopatów.
Blondynka kręciła się przy Diego. Mężczyzna nie zwracał na nią specjalnej uwagi. Bardziej absorbował go wygrany krawat. Książki o miłości nie kłamią. Faceci to straszni materialiści. Właśnie. Szkoda, że jakiejś ze sobą nie wzięła. Niekoniecznie do czytania. Mogłaby rzucić nią w tę długonogą. Od razu zrozumiałaby, gdzie jej miejsce.
 Sądna chwila. 
 Natka zamyka oczy. 
 Wypuszcza z rąk welon, dotyka samego sufitu.
 Leci w stronę ściany. To drugi koniec sali. I stoi tam blondynka.
-To moje! Nie waż się tego łapać!
Taranuje Violette, odpycha łokciem Camilę, przedziera się przez cały tłum, obija o ludzkie ciała. Nie zdąży. Welon już, już ma wpaść w ręce dziewczyny… Goście wstrzymują oddech, pozostałe kobiety nie zamierzają stać bezczynnie.
Nagle traci równowagę (przeklęte buty), chwieje się i gwałtownie leci do przodu, uderzając w coś miękkiego. Chwile tak leży, zastanawiając się, co właśnie przeskrobała oraz czy warto w ogóle udawać żywą. Uchyla jedno oko, na głowie czuje coś delikatnego. Przejeżdża ręką po włosach. 
Jest. Jest tam!
Śnieżnobiały welon wdzięcznie ułożył się na rozczochranych, kasztanowych lokach, rozpłynął po podłodze, wyglądał jak kwiat lilii. 
Teraz patrzy w dół. 
-Ups.
Pod nią leży Diego, czerwony na twarzy i wyraźnie oszołomiony. W ręku wciąż ściska krawat. Jakby się do niego przykleił, nie do wiary. Kontroluje stan jego rozchełstanej koszuli (ona prasowała!), pogniecionej marynarki, w końcu tylko wzdycha, zdając sobie sprawę, iż wesela generalnie nie są dla niej.
Ale jest jeden plus.
-Nigdy się do niego nie zbliżaj – parska w kierunku zdezorientowanej blondyny. – Zapamiętaj! 
-Lara, mogłabyś… - Diego ledwo oddycha.
-Przepraszam, kochanie! Nie zabiłam cię?
Pomaga przybrać mu pozycję siedzącą, chwyta umięśnione barki (większość niegrzecznych książkowych ideałów ma bicepsy, to chyba stereotyp), patrzy na niego przestraszona. A jeśli coś mu złamała? Serce? Dosłownie?
Podnosi wzrok. Patrzy na nią przez kilka sekund. A potem wybucha śmiechem. Tak głośnym, jakiego jeszcze nigdy nie słyszała. Razem z nim śmieje się reszta gości, nawet mama Natalki, która chwilowo przestała krzywym okiem przyglądać się zięciowi. Podsumowując: wyszła na cholerną desperatkę. A ona tylko chciała uratować Diego przed chmarą tych napudrowanych dziewuszek!
-Nigdy więcej – warczy milionowy raz tego dnia. – Idę do domu. Weź sobie ten cholerny welon. Nie chcę go! 
Łapie ją za dłoń, przytrzymuje. Ma piękne oczy. To miła odmiana, po szybkim kontakcie wzrokowym z psychodeliczną Camilą. Onieśmiela ją. Tylko on tak potrafi. Czarodziej się znalazł, bez łaski.
-Przepraszam.
-To co? Wyjdziesz za mnie?
Zapada cisza. Kilkadziesiąt par spojrzeń świdruje ich wzrokiem, zastyga w oczekiwaniu.
A ona słucha dźwięcznego brzmienia tych słów, tak przyjemnych, jak promienie słońca w deszczu. I mimo, że nie uznawała żadnych przesłodzonych stroików, teraz znajdywała się na samym końcu tęczy.
-Nie.
Diego robi się biały.
Połowa gości ma stan przedzawałowy. 
-Żartowałam.
Napięcie odpływa, zastępują je radosne brawa, ciepłe słowa sypiące się z każdej strony. Diego nie pozwala jej już nic powiedzieć. Zaciska palce na jej szyi, drugą ręką biegnie wzdłuż ramienia, zamaszyście całuje jej wargi o smaku cukierków karmelowych. 
Siedzą na środku jak wariaci, nie mogąc się oderwać. Lampki lekko przygasają, z głośników wypływa piosenka Bryana Adamsa. 
A Natka obserwuje całe to zajście i tylko sceptycznie burka coś w stronę Maxiego.
-A ty oświadczyłeś mi się w KFC…


-Goździki.
-Przyszedł pan. – Uśmiecha się kwiaciarka, wyciera ręce w fartuszek w słoneczniki. – Są na zapleczu. Zaraz przyniosę.
Na miniaturowej wystawie wiszą malunki tulipanów, zasuszone kwiaty, buteleczki z wywarami roślinnymi o zapachach wprowadzających w osłupienie. Nie przepadał za nimi, jednak Lara kupowała te pierdoły za każdym razem, gdy tędy przechodzili. 
Teraz jest tu codziennie. Po goździki. Te różowe, jej ulubione. Podarował je Larze na imieniny.

-O, goździki.
-Podobają ci się?
-To moje ulubione.
-Widzisz? Zawsze trafiam.
-Od teraz. Bo są od ciebie.

Kwiaty mieszają się ze sobą, tworzą węzeł, ściskają go za szyję. Zaraz się udusi. Gdziekolwiek spojrzy, widzi jej twarz. Jej ciepłe oczy, jej krzywy uśmiech, jej rumiane policzki. Coś szepta, prosi Boga, by obraz ożył i rzucił mu się w ramiona. Jakby ta cała śmierć była tylko głupim żartem.
Oczy go pieką. Wyjątkowo nużące powietrze kreśli znaki na jego twarzy. Psychicznie nie istnieje. A przecież to ona odeszła, nie on. 
Z kieszeni spranych dżinsów wypływa „Yesterday” Beatlesów, a on już wie, że czeka go kolejna, beznadziejna wymiana zdań. Odbiera z przyzwoitości. Lara mówiła, że tak jest lepiej. 
-Diego! – Maxi wyprzedza jego żmudne „halo”. Ma ochotę się rozłączyć.
-Cześć.
-Co słychać?
Cisza.
-No tak, nie powinienem. Ja i Natka wybieramy się jutro nad jezioro. Jedziesz z nami? Mógłbyś udzielić mi męskiego wsparcia. Nie wytrzymam z tymi dwiema kobietami. Co prawda jedna jeszcze nie ujrzała światła dziennego, ale już porządnie daje znać o swoim istnieniu. Bo to będzie dziewczynka, wiesz? Byliśmy przedwczoraj na badaniach – pociąga nosem, palce już biegną w stronę czerwonej słuchawki. – Fajnie byłoby razem wyskoczyć. Jak kiedyś… Przemyśl to, okej?
Nie odpowiada. Drży, urządzenie powoli wysuwa się z dłoni.
-Diego, cholera, minęło już pięć lat. Musisz się z tym w końcu pogodzić. Nie przywrócisz jej życia. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale jesteś wrakiem człowieka. Lara nie byłaby zadowolo…
-Pieprz się.
Trzaska telefonem o ziemię. Ma go szczerze dosyć. Dzwoni i dzwoni… Jakby celowo chciał zepsuć sobie dzień. Ma dobrą pracę, cudowną żonę, wkrótce zostanie ojcem… On sam nie był w posiadaniu ani jednej z tych rzeczy. Na co mu ta platoniczna przyjaźń, którą i tak świadomie i wytrwale niszczył? Nie będzie pakował się w cudze życie. Wolał brodzić po gruzach swojego.
Budowali swoje szczęście przez kilkanaście lat. Jego zepsucie zajęło zaledwie kilka sekund. Ostatnie słowa skutecznie wyryły się jego pamięci, uformowały na pomnik, skamieniały.

-To pojedziesz po te zdjęcia?
-Które?
-O rany, te z wakacji. Zostawiłam do wywołania. Zapomniałeś?
-Nie możesz zaczekać z tym do jutra?
-Jutro to przychodzi Natka, chcę jej pokazać. Pojechałabym sama, ale jestem niewyspana. Całą noc wypełniałam papiery. Proszę.
-Kobieto, mecz leci. Mam zrezygnować z tego na rzecz twoich pospolitych kaprysów?
-No to nie. Sama sobie pojadę. 
-A jedź. Nie zapomnij, że cię kocham!
-Wal się. Też cię kocham.

Pół godziny później zadzwonił telefon.
To była jego wina.
Mógł sam wsiąść za kierownicę, pojechać jej po te cholerne zdjęcia i nic by się nie stało. Najwyżej wypadek dotknąłby jego osoby – też coś. Żadna strata dla świata.


Boże,
Dlaczego nie dałeś jej przeczytać tego nieszczęsnego „Cienia wiatru”?
Była aż tak dobra, że chciałeś uczynić z niej anioła? 
Jak to jest? 
To nie miejsce dla niej. 
Są tam chociaż książki?
Jeśli nie, na pewno nie będzie chciała tam przebywać.
Słowo.
Tak więc możesz mi ją oddać.
Zaopiekuję się nią o wiele lepiej niż Ty.
Kto będzie całować ją na dobranoc?
Kto przytuli ją, kiedy będzie smutna?
Boże, wiem, że kochasz każdego człowieka.
Ale uwierz mi.
Nikt nie kocha jej mocniej ode mnie.


-Wszystko w porządku?
-Nie. A u pani?
Jasnowłosa drobinka spogląda na niego zaskoczona. Malinowa sukienka, apaszka w grafitowe wzory, beżowe czółenka – Lara miała podobne, nigdy w nich nie chodziła. Kupiła dla przyzwoitości, co wyśmiał i za karę został wysłany na kanapę. Przyszła do niego w środku nocy.

-Już się nie obrażasz?
-Obrażam. Po prostu nie lubię spać bez ciebie.

-Podobają się panu? – Usiłowała zażartować, psując efekt sztucznym śmiechem. – To damskie buty.
-Oświecenie. Moja żona miała… ma podobne – tłumaczy, z ulgą patrząc na kwiaciarkę wychodzącą z zaplecza.
Niesie bukiet goździków, starannie opakowany w biały papier z wykaligrafowanym logiem kwiaciarni. Skinął głową, wyciągnąwszy z kieszeni czarny, skórzany portfel. Chwilę siłował się z zamkiem. Zawsze się zacinał. 

-Nie no, co za portfel kupiłaś? Nawet nie da się otworzyć przyzwoicie…
-Też mi problem. Możesz wziąć mój.
-Ten w delfiny? Zapomnij.
-To wieloryby, kretynie.
-Sama jesteś wielorybem.
-… właśnie wygrałeś noc na kanapie!

-Czy jest pan nieszczęśliwy?
-Jak większość ludzi na świecie, a jednak nie podchodzi do nich pani i nie pyta o samopoczucie. 
-Chciałam tylko pomóc.
-Ależ wiem. Wszyscy chcą. Pieprzone anioły – głos mu się łamie, twarz kamienieje. – Pięć peso. Jak zawsze.
Kasjerka przyjmuje pieniądze z grobową miną. Ona też ma go już dosyć. Kolejna osoba, która podświadomie każe mu zapomnieć, uświadamia, jak bardzo jest słaby i głupi. Ten, kto twierdzi, że ze wszystkiego można się wyleczyć, ten nigdy nie doświadczył bólu, jakim jest brak drugiej połówki po przebudzeniu.
Następna się znalazła… Nieco ponad metr pięćdziesiąt. Odrobinę niższa od Lary. Lary. Pojawiała się wszędzie, w każdym słowie słyszał jej imię, każdy drobiazg przywoływał obraz jej najpiękniejszej na świecie twarzy. Nie warto doszukiwać się rysy.
Była dla niego idealna, owszem. Znał jej wszelkie słabości, wady, urojenia. Ona jego też. Kochali się bezwarunkowo, dlatego mógł spokojnie nazwać to perfekcją. A teraz? Teraz zostały tylko albumy z martwymi zdjęciami, książki i garstka wspomnień, która z czasem wyparuje, a świat połknie ją w całości. Wówczas nikt już nie będzie o niej pamiętał. 

-Myślę…
-Coś nowego.
-Stul dziób. Myślę, co dzieje się z nami po śmierci.
-Nie wiem. Tobie to nie grozi.
-Nie rozumiem.
-Złego diabli nie biorą.
-Kretyn.
-Diego, miłość twojego życia.
-Opcjonalnie.
-Nie dąsaj się tak, no już. Uważam, że potem nie ma nic.
-Nie chcę, żeby było „nic”.
-To nie zależy od nas.
-Po co to wszystko, Diego? Po co wspomnienia, po co miłość, skoro i tak to wszystko miałoby umrzeć razem z nami? Jeśli faktycznie zapanuje nicość, powinnam zaraz skoczyć z mostu.
-A nie wiem. Głupia jesteś, jeszcze długo pożyjesz. Matko, jak ja wytrzymam te kilkadziesiąt lat…
-Śmiej się, śmiej. Ja się boję. Nie chcę tego… niczego.
-Z pewnymi rzeczami musimy po prostu się pogodzić.
-Mimo, że nie są sprawiedliwe. Okej. Wiem.
-To dobrze.

Często żałował słów, które kiedyś wypowiedział, zupełnie nie rozumiejąc ich sensu. Teraz tego nie robił. Nie rzucał pewnych wniosków w niezrozumiałych sprawach. Pewne rzeczy muszą zostać odkryte i obejrzane, zanim ktokolwiek będzie tworzył ich historię.
-Często tu pana widuję. – Nie poddaje się. Mała cwaniara.
-Możliwe. Jestem tu codziennie.
-Nie nudzi to pana?
-Jeśli uważa pani miłość za nudę, z przykrością oświadczam, że pomyliła pani uczucia.
-Nie chciałam pana urazić. – Burczy skruszona, prosi kwiaciarkę o przyniesienie frezji.
-Zabawne, podobno nikt nie chce, a i tak to robią. 
-Nieznane czasami wydaje się za proste – wyjmuje portfel z torebki. – Dlatego trzeba pokazać wszystkim, że się mylą – patrzy na niego z uwagą. – Chyba, że mają rację.
Nie odpowiada. Nie będzie mu mówić jak ma żyć. Ostatnio wszyscy to robili. Rodzice proponowali przyjazd, znajomi pocieszająco poklepywali go po plecach, otoczenie szczególnie obnosiło się z rozwalającym współczuciem. 
Najgorszy był Maxi. Bo dawał z siebie najwięcej.
Przyjeżdżał do niego, gdy chciał ze sobą skończyć. Siedział cicho, podczas wyjątkowo ciężkich momentów. Smuciło go to, że był szczęśliwy. A on mu tę radość nieustannie niszczył.
Lara zawsze chciała mieć dzieci. Odkładał to pod byle pretekstem. Raz był kryzys, kiedy indziej remont, w końcu brakło pieniędzy na wszystko inne… Mógł wymienić jeszcze kilka bezsensownych przyczyn, ale zawsze na szczycie dryfował strach. Zmiany źle na niego wpływały.
Teraz on tego chciał. Z całych sił pragnął przytulać i kochać jakąś małą istotkę z jej oczami, jej uśmiechem i rumieńcami na policzkach. Gdyby szybciej umiał podjąć decyzję, przełamać te idiotyczne bariery… Nie dorósł do odpowiedzialności, los zepchnął go w kąt i kazał grać nową rolę. Tego samotnego faceta, który codziennie kupuje różowe goździki dla swojej teoretycznie nieobecnej żony.
-Czasem nie rozumiem Boga. Ale jak coś się dzieje, tak musi być.
Nie. Miał prawo być zły. Przecież ten samochód wcale nie musiał wjechać w auto Lary. Nie musiało dojść do wypadku. Nie musiała… zniknąć. Pewnych rzeczy nigdy nie da się pojąć, gdyż człowiek nie umie przestać mówić sobie, że mogło być tak, a nie inaczej.
-Dziękuję za kwiaty. Do widzenia!
Kwiaciarka kiwa głową z zaplecza, blondyneczka odprowadza go cierpkim wzrokiem. Po co się tak wysilać? Mogła zwyczajnie nazwać go kompletnym idiotą. Efekt byłby taki sam.
Wrak człowieka. Bóg zabrał Ci miłość Twojego życia, ale co tam, ciesz się chwilą. Tak nie można. Mimo szczerych chęci.


Pamiętam jak odchodziłam.
Leżałam bezwładnie na ziemi, lekarze pochylali się nad moją twarzą, marszczyli czoła, szeptali coś między sobą. Oddychałam sparaliżowana, właściwie wszystko było kwestią paru sekund. Wydarłam się z więzienia, oswobodziłam z łańcuchów, wypłynęłam na powierzchnię. Chciałam powiedzieć im, że wszystko jest w porządku.
-Straciliśmy ją. To koniec.
Czułam się perfekcyjnie. Już miałam zacząć na niego krzyczeć, gdy zobaczyłam moje zamknięte powieki i dłoń jednego z lekarzy na moim policzku. Klęczeli przy mnie, a ja stałam nad nimi. Nic mnie nie bolało. 
Wtedy zrozumiałam. 
Wiesz, co mnie najbardziej boli? To, że nie chcesz być szczęśliwy, Diego.
Na siłę wpędzasz się do grobu, torturujesz codziennością, wmówiłeś sobie, że już nigdy nie będzie dobrze, bo mnie z tobą nie ma.
Ale co zrobisz? Takie jest życie, Diego. Człowiek jest tylko pyłem. Prędzej czy później i tak jakaś sekunda przekreśli wszystko, zamknie twoje oczy raz na zawsze. A Tobie wówczas pozostanie tylko ta smutna dusza.
Poza tym, hej – to ja przestałam żyć, nie ty. A z samego istnienia nie da się czerpać radości. Dobrze o tym wiesz, kochanie.
Oboje nie możemy oderwać się od ziemi. Ty nie chcesz, a ja… Ja nie umiem. Nie mogę zostawić cię cierpiącego. Znasz mnie, wszystko muszę zrobić do końca. Ty też byś przy mnie został, wiem to. I chociaż w tejże marnej formie, gdzie jesteś tylko kawałkiem powietrza – trwałbyś, muskając wiatrem moją rękę. Zastanawiam się, czy mnie czujesz. Którejś nocy uśmiechnąłeś się przez sen. Akurat całowałam cię na dobranoc.
Chociaż – to nie był uśmiech. Tylko jakieś nieznaczne skrzywienie ust, które uznałam za minimalną oznakę radości. Nawet nie umiesz się cieszyć. To dołujące. Kiedyś śmiałeś się ze wszystkiego. Ze mnie najczęściej. A to się śmiesznie ubrałam (nigdy nie wybaczę ci porównania mnie do Pumby z „Króla lwa”), a to przesłodziłam herbatę… I zawsze… zawsze się śmiałeś, oczy tak ładnie ci błyszczały, co mnie bardzo denerwowało. Trudno jest być na kogoś złym, jeśli tak bardzo się go kocha. Kocham cię, kretynie.
I naprawdę nie musiałbyś martwić się o mnie, gdybyś wreszcie prawdziwie się uśmiechnął. Wierzyłam, że twoje szczęście idzie tak wolno, gdyż jest przeogromne. Teraz sądzę inaczej. Ono jest w tobie. I tylko od ciebie zależy, czy pozwolisz wydostać się mu na zewnątrz.
To nie otoczenie zmusza cię do cierpienia. Ty je tworzysz. Tylko ty. 
Pozwolisz, żeby wygrało?

Ja nie. Muszę ci pomóc. Ten ostatni raz.

-Które z nas umrze pierwsze?
-Ja. Bo palę. Tak mawia medycyna.
-A co jeśli coś się stanie?
-NASA uzna, że jesteś szkodliwa dla środowiska i postanowi udusić cię gołymi rękami? Bardzo możliwe.
-Daruj sobie. Przynajmniej nie jestem analfabetą.
-Za jednego wyszłaś.
-Wiem. Bóg mi tego nie wybaczy. Powinnam zostać żoną jakiegoś noblisty. Albo pisarza.
-Ale to mnie kochasz.
-Właśnie… To straszne.
-Buziak na zgodę?
-Wal się.

To już oficjalne, mogą lecieć z tym do wiadomości. Lena Grant jest najgłupszą i najbardziej naiwną kobietą na całej kuli ziemskiej.
Siedziała przy fontannie, przejeżdżała dłonią po przejrzystej tafli wody, rysując zgrabne kółeczka. Nic takiego się nie stało. Bo wcale nie ciągnęło jej do jego subtelnych rysów twarzy, wrodzonej tajemniczości, nostalgii w oczach oraz… Boże. Powinna się leczyć.
Przychodził tu codziennie. Kupował goździki – wyłącznie różowe – i udawał się w dalszą drogę, unikając zatroskanych spojrzeń, siejąc spustoszenie swoim obłędnym wzrokiem. Opowiadał światu historię. I wcale nie potrzebował do tego słów.
I – zupełnie niespodziewanie – pewnego dnia wchłonął do jej umysłu, wzbudzając żar w nieodkrytych zakamarkach duszy, naoliwił emocje. Lubiła na niego patrzeć. Starała się zebrać wszelkie drobinki w całość, ułożyć obraz prawdziwego Diego, poznać przyczynę rys na duszy. 
Diego… Po raz pierwszy imię melodyjnie zagrało jej w myślach, gdy siłował się z zamkiem swojego portfela. Zerknęła tylko na dowód osobisty. Reszty nie zdążyła zanalizować, gdyż z prędkością światła usunął go z jej punktu widzenia. A była najnormalniej w świecie ciekawa. Ugh, każdy jej to wypominał. 
Tak to już bywa w życiu, że ci smutni ludzie są najbardziej interesujący.
-Pani też tak zimno dzisiaj?
-No trochę…
Rzuciła niewyraźny uśmiech przybyłej kobiecie, obwiązanej fantazyjnym szalikiem w czerwone grochy. Nie miała szczególnej ochoty na rozmowę, ale nie wypadało jej spławiać. Poczeka trochę i wykręci się jedną z wielu stałych wymówek.
-Zna pani Diego? – zapytała znienacka, a ją trochę zmroziło od dołu.
-Nie całkiem, ja…
-Interesuje panią?
-Tak. Nie. Tylko widzę go tu codziennie.
-Jest bardzo smutnym człowiekiem.
-Wiem.
-Ale tylko teraz.
-Nie rozumiem.
-Cierpienie pozostawia po sobie bolesne rany, ale nigdy nie trwa wiecznie. 
-Tak, wiem, ale… Ej, dlaczego to pani mówi? Nie musimy o tym rozmawiać. To bardzo osobiste, poza tym pani wcale mnie nie zna.
Roześmiała się, jakby powiedziała coś szczególnie zabawnego, tymczasem chciała tylko odpędzić ją od niezręcznego tematu. Dziwna kobieta.
-Dobrze się pani czuje?
-Trudno określić, czy cokolwiek czuję, ale jest całkiem przyzwoicie…
-Aha. Zna pani Diego?
-On zwariuje sam ze sobą. Dobrze patrzy ci z oczu i… Boże, nawet nie wiesz, jakie to trudne. Ale on jest dla mnie ważniejszy. To, żeby znowu się uśmiechał. Inaczej nigdy stąd nie odejdę.
-Ja… Powinna się pani leczyć. Do widzenia!
Za dużo ludzi gadających od rzeczy. Jeśli będzie potrzebowała dawki życiowych przemyśleń, natychmiast zapiszę się do psychoterapeuty. Tymczasem napastują ją dziwacy z ulicy… Co za poniżenie. Chyba wstąpi po białą czekoladę do sklepu obok. Zawsze poprawia jej humor.
Szarpie się z zamkiem portfela, zazwyczaj działał sprawnie. Może się zepsuł? No nic, w najbliższym czasie wybierze się po nowy. Widziała ostatnio taki ładny, czerwony. Nieduży, miał czerwoną klamerkę z przodu i…
-O cholera.
Diego Hernandez – a raczej jego dowód osobisty – figlarnie wychylał się z bocznej kieszonki. Natychmiast go zamknęła. Nie rzuciła nawet okiem na zdjęcia, ukryte za cieniutką, folią. Czy Bóg naprawdę chce jej dziś dopiec? Diego. Może jeszcze zdąży go dogonić. Na pewno jest na cmentarzu, zawsze tam chodzi…
Przypomina sobie o kobiecie w fantazyjnym szaliku – jej ciotka miała taki na pięćdziesiąte drugie urodziny, wyglądała jak taki jeden z „Troskliwych misi”. Nic fajnego, naprawdę. To głupi pomysł, ale może to jej sprawka?
-Jeśli to są jakieś żarty to…
I milczy. Nie ma jej, mimo, że jeszcze niecałą minutę temu siedziała przy fontannie. Rozgląda się dookoła. Nigdzie jej nie ma.
Jakby rozpłynęła się w powietrzu…


-… i w końcu poszedłem, bo już zaczęła mnie wkurzać. Nie wiem, ile tak wytrzymam. Oni wszyscy czegoś ode mnie chcą. Coraz trudniej ich olewać. A co u ciebie, kochanie? Czytasz jakieś książki? Musisz czytać. Inaczej nie byłabyś Larysą Hernandez. Maxi znowu dzwonił. Chyba źle postąpiłem, ale nie mogłem wytrzymać, rozumiesz. Wiesz, że będzie miał córkę? Jeszcze za czasów szkolnych mówił mi, że idealnym imieniem dla dziecka jest „Kleopatra”. Biedna Natka. Mam nadzieję, że skutecznie wybiję mu to z głowy. Zresztą wiesz, jacy oni są. Potrafią kłócić się o byle pierdołę, a i tak się kochają. Tak jak my…
Uśmiechała się do niego. Lubił to zdjęcie. Zrobił je zimą, kiedy odziana w trzy swetry i gruby płaszcz, piła gorącą czekoladę, zatracając się w treści „Mostu do Terabithii". Ogólnie mówiąc to pojechali na narty, ale po pierwszym dniu stwierdziła, że to nie dla niej. Tak więc on bawił się w Morgensterna, a jego żona zaprzyjaźniła się z właścicielką knajpki, przez co do końca ferii dostawała zniżkę na kakao.
Mimo kamiennego tworzywa, nie straciło uroku. Wciąż emanowało ciepłem i żyło własnym życiem.

-Przestań robić mi te zdjęcia no… Próbuję czytać.
-Moje krzywe słoneczko: jest wieczór, twój mąż oczekuje czegoś bardziej kreatywnego od wgapiania się w te książeczki.
-Sam jesteś krzywy. Zajęta jestem, nie widać?
-Świetnie. A chociaż mogłabyś przelecieć się do tego baru i załatwić mi piwo? Zawsze dostajesz zniżki, czego nie rozumiem, bo takiej paskudzie nie podarowałbym nawet złamanego grosza.
-Jeszcze czego. Czasy robienia niewolnic z kobiet się skończyły. Sam sobie idź.

-Diego?
-Co? Rany, to znowu ty? Czego chcesz?
Jasnowłosa kruszynka przecisnęła się między nagrobkami, obijając się o twarde kanty szarych płyt. Stanęła parę kroków od niego, jednak nawet z tej odległości czuł, jak mocno bije jej serce. Czyżby się bała?
-Bo… Zostawił pan, znaczy… mamy takie same portfele, a ty chyba wziąłeś mój.
Zdumiony zajrzał do kieszeni, zanalizował stan rzeczy. Właściwie wiedział, że nie należy do niego, gdy zamek sprawnie się otworzył.
-Jesteś…
-Lena. Ta, która obsesyjnie chciała poprawić ci samopoczucie, ale tylko dowiodła swojej umiejętności nie rozmawiania z ludźmi. Miło mi.
Pokiwał głową, nieuważnie zahaczył spojrzeniem o jej oczy. I po raz pierwszy od tamtego dnia poczuł, że ktoś nie chce wyrządzić mu krzywdy.
-Mogę…?
-Proszę – posunął się. Nie oderwał wzroku.
Podeszła bliżej, położyła frezje obok różowych nagietków, przeżegnała się szybko.
-Miały być dla bratanicy, dzisiaj ma imieniny… Ale co tam – wyjaśniła, chyba nie mogła złapać oddechu. – Nie lubię cmentarzy. Od kiedy zmarła moja mama, unikam takich miejsc. Nie chcę myśleć, że ostatni ślad po osobie, którą kocham, leży gdzieś głęboko pod ziemią. Wolę czuć jej obecność zawsze, jednocześnie nie martwiąc się tym smutnym obrazkiem. Wolę o tym nie myśleć i być szczęśliwa… To trudne. Ale nie lubię płakać, bardzo nie lubię. Nienawidzę tego.
Słuchał jej w milczeniu, zastanawiał się nad sensem tego, co mówi. To wszystko wydało mu się jakoś dziwnie odległe, nieosiągalne dla jego duszy. Niemożliwe? Ale jej wzrok – tak zupełnie inny – dawał mu do zrozumienia, że się myli. Tylko dlaczego?
-Moja żona zmarła pięć lat temu. Miała wypadek. Była przemęczona, powinienem pojechać za nią, ale zostałem… bo byłem leniwy. Przeze mnie wszystko się spieprzyło. 
-Nie mów „wszystko”. To za mocne określenie. Kiedy jest nam źle, obwiniamy cały świat, ale tak naprawdę to tylko jego cząstka nas zraniła. Nie musisz pakować wszystkich do jednego worka, Diego. To nie jest dobre.
To co jest dobre?
Szczęście?
Ale co jeśli nie da rady go złapać?
Spoglądała na niego ciepło, leciutko musnęła dłonią jego ramię. Wzdrygnął się, ale jej nie odepchnął. Myślał intensywnie, brnął przez korytarz rozpaczy i zamkniętych nadziei. Czekały na niego. Od jak dawna?
-To moja żona… - Jeszcze raz tęsknie spojrzał na zdjęcie.
-Jest bardzo ładn…
Portfel wypadł jej z rąk, poszczególne monety rozsypały się kamiennej płycie. Zrobiło się strasznie zimno, a jednocześnie zalała ją fala gorąca. Bo znała te oczy, ten uśmiech, ten szalik… 
I nagle wszystko – każdy kruchy odłamek kuli ziemskiej – stanął pod wielkim znakiem zapytania, niepewny istnienia, niestabilny. Otworzyła oczy szerzej. Nie śniła. Niewątpliwie wpatrywała się w fotografię kobiety, z którą rozmawiała godzinę wcześniej.
-Coś się stało?
-Nie, tylko… - A to cwaniara. Na czym jej zależało?
-Nie musisz mówić. Robi się ciemno. Odprowadzę cię do domu. Dziewczynki nie powinny przebywać tak późno poza domem.
-Nie przeginaj. Mam dwadzieścia sześć lat. I wiem jak trafić.
-Lara też tak mówiła. Dziesięć minut później płakała mi do telefonu, że nie wie, gdzie jest.
Zaczął się śmiać. Przez łzy, jakby nie robił tego od wieków, niewyraźnie – ale śmiał, a cały świat wydał się jakiś weselszy, uzbrojony w nowe pokłady nadziei i czyjeś uśmiechy w powietrzu. A robił to tak specyficznie, że i ona stała się nagle radosna, płosząc niedawne obawy, które – po dłuższym namyśle – i tak nie miały żadnego znaczenia.
Tymczasem – zupełnie niedaleko – stała posiadaczka najdziwniejszego szalika na świecie. Zauważyła ją, chciała zamilknąć, ale gdy wargi postaci lekko zadrżały i wyszeptały ciche „dziękuję”, tylko odwzajemniła uśmiech i ponownie postanowiła być szczęśliwa.
Wzbiła się gdzieś wysoko, rozpłynęła w świetle księżyca, a ona była całkowicie spokojna. Jak nigdy dotąd.

Widzisz?
Już dobrze, Diego.
Jesteśmy s z c z ę ś l i w i.


Ale jak nie będzie Tam książek, to słowo daję, wracam z powrotem.





*Umrę, śmiejąc się.


**

Szkoła dopiero się zaczęła, a już jestem obłożnie chora. To chyba normalne.
Gdyby kogoś interesował los rozdziału osiemnastego: niedługo powinien się ukazać. Może do końca miesiąca? Nie radzę sobie z fragmentem o ulubieńcu Marciaczka (Maxi existe), a muszę go tam wcisnąć, bo popsuję mój piękny plan. Mam wszystko rozpisane, inaczej wyszłaby jeszcze większa patola. Nie chcemy tego.
Co do tego czegoś na górze: mam nadzieję, że przebrnęliście (chyba, że nikt tego nie czyta i piszę przemowę sama dla siebie, możliwe) i wytwór OsobyBezWiększegoTalentu nie dobił waszej psychiki. Kocham Was, wiecie? :)
Teraz robię coś, co robię zawsze mianowicie... zaległe komentarze (nie zapomniałam o was, tylko moja wena obejmuje również komentarze, to podłe z jej strony), jestem przewidywalna, jak "Mam do ciebie zaufanie" Violki. Powinnam rzucić pisanie i iść lepić świeczki. Albo robić kulki z chleba.
Trzymajcie się, Szafirki, kocham Was najmocniej i zawsze będę <3.

9 komentarzy:

  1. - A ty oświadczyłeś mi się w KFC…

    Czemu umiesz mnie rozłożyć na czynniki pierwsze jednym zdaniem? Jezu. Od rana nie mogę przestać się śmiać, aż gardło mnie boli.

    Tak sobie dzisiaj choruję w najlepsze, nudno strasznie, a blogger - paskuda - nie raczył mnie poinformować o pojawieniu się tego tutaj cuda. Szczęście, że na twoje blogi zaglądam częściej niż czyjekolwiek i nawet dość szybko dowiedziałam się o istnieniu tej miniaturki, bo niewiedza to grzech. To, co piszesz, kiedyś znajdzie się w kanonie lektur obowiązkowych. Słowo.
    Dawno nie płakałam, mhm.
    Swoją drogą, żeby płakać i ze śmiechu i... no, normalnie, podczas jednego opowiadania - to dziwne uczucie. Zresztą z każdym twoim tekstem tak mam, ewentualnie pomijając Marcundo, ale oni są melodramatem samym w sobie, nie potrzebują smutnych scen.

    Ciężko się pisze o śmierci. Wiem o tym. Opisać ją samą to łatwizna, ale co potem? Jak wyrazić tę pustkę, która panuje po wydarciu z czyjegoś życia tego najistotniejszego, najważniejszego elementu, jakim jest ukochana osoba? Jak złożyć tę rozpacz ze zwykłych słów? Ja tego nie umiem. A ty? Tobie wyszło - zawsze wychodzi - to tak strasznie pięknie, że poległam i nie wstanę już nigdy.
    Chyba zaprzyjaźnię się z podłogą.

    Acia, Aniołku mój najzdolniejszy. Wiesz, że jesteś mistrzynią? Nie wiesz, bo wmawiasz sobie coś innego. No to ja ci mówię po raz enty, że jesteś. I koniec, wiem lepiej, od tego momentu nie chcę słuchac protestów.
    Wykreowałaś Larunię taką sympatyczną, taką żywą, kochaną, prawdziwą. Zakochaną w książkach - motoru żadnego tutaj nie uświadczysz - a jednak tak larowatą, że bardziej się nie da. Diego już bardziej przypomina postać, jaką jest w innych opowiadaniach, ale i tak jest inny. Wyjątkowy. Taki twój. Ironiczny, arogancki, a taki kochany.
    Jeśli to możliwe, pokochałam przez to Diegarę jeszcze bardziej. Mimo, że mają już bardzo mocną pozycję w moim sercu, co jest dosyć dziwne - zważywszy na to, że obok nich panoszy się Diemiła. Nie wiem, czy potrafiłabym wybrać definitywnie jedno z tych połączeń, oba są przegenialne. A co fundują nam scenarzyści? Różne Dieletty, Diecesci i inne takie. Rzal i bul.

    Lubię czytać OSy. Kocham wszystko, co ty napiszesz. A OS autorstwa Aci to już coś tak idealnego, że aż dziw, ile talentu może pomieścić się w jednym dziele. Weź, Aniołku. Za parę lat to ty swoim stylem pobijesz wszystkie pozycje z listy bestsellerów, serio. Już jesteś lepsza od większości z nich, a jest ciągle lepiej i lepiej - myślałby kto, że bardziej już się nie da. A jednak z każdym kolejnym słowem utwierdzam się w przekonaniu, że jesteś po prostu zjawiskiem. Takim niepozornym Aniołem z masą talentu, poczucia humoru, inteligencji i potencjałem na światowej klasy pisarkę. Biję przed tobą pokłony i takie tam.

    Dobra, no. Wszyscy doskonale wiemy, że nie umiem pisać komentarzy. Ale coś zostawić trzeba, bo to cudo zasługuje na co najmniej tyle komentarzy, ile piosenek jest w twojej playliście. Przejść obojętnie nie można, przecież to dzieło geniusza.

    Pozdrawiam, kocham, podziwiam, czekam na rozdział. Twoja głupia Zuzka.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie powinnam zajmować sobie miejsca, aczkolwiek chcę, byś już teraz wiedziała, że czytałam. Wrócę, gdy tyko będę mogła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wróciłam. Nikogo to nie obchodzi, ale musiałam jakoś zacząć, a jedynie taki sposób przyszedł mi na myśl, - no, nie zastanawiałam się nad tym zbyt długo – więc niech tak będzie. Przydługi i zbyt mało sensowny wstęp, aczkolwiek moje zawsze takie są. Najlepiej jest się do tego przyzwyczaić, zaakceptować… albo pominąć pierwsze zdania! Tak, to zdecydowanie lepsze opcja. Nie wiem więc, dlaczego produkuję się nie na temat. To ja… może przejdę do opinii na temat tej niesamowitej miniaturki? Eh, i wszystko jasne – Julka znowu będzie bezsensownie nawijać o tym, jaka to jest bieda, bo nie ma pomysłu na wypowiedzi. Wiesz co? To również możemy pominąć. Nie skupiamy się na mnie. Nie warto. Może coś o tobie? W chwili obecnej, nie przychodzą mi na myśl słowa, które byłyby w stanie wyrazić uczucia, tlące się we mnie. (Te problemy…) Jesteś naprawdę wybitną pisarką, która z niewiadomych przyczyn nie chce uwierzyć w swoje ogromne umiejętności. Jak mam cię do tego przekonać, skoro nawet najlepszym się nie udało? E… masz uwierzyć, i tyle! Nie każ mi myśleć, nie jest to moją mocną stroną. Kurde – znowu o mnie. Lara i Diego; skupmy się na tej dwójce. Pięknie opisałaś ich historię, uwierz. Wykreowałaś te postacie w dość nietuzinkowy sposób, który oczywiście przypadł mi do gustu. Mimo, że miniaturka była… no, nie oszukujmy się – długa, (moje trzy rozdziały nie były tak rozległe :o) przeczytałam, a jestem wyjątkowym leniem, więc to już coś! Płakałam i śmiałam się jednocześnie, oczywiście – czytając. Bywały zdania, przez które do moich oczu, momentalnie napływały łzy, które równie szybko znikały, pod wpływem twojego niezmiernego poczucia humoru. Jesteś wielka.

      „A ty oświadczyłeś mi się w KFC…”

      Padłam. Jakie romantyczne miejsce… Natka i Maxi mnie rozczulają… w zasadzie, w każdym wydaniu, a w twoim to już szczególnie. Cieszę się więc, że w tej historii znalazło się dla nich miejsce. Kocham cię.

      Usuń
  3. Jejku, kochanie!
    Weszłam na Twojego bloga z nikłą nadzieją, że może coś dodałaś. Nie liczyłam na to zbytnio (nie, żebym chciała Cię obrazić, ale dawno nie znalazłam śladu po Tobie na jakimkolwiek blogu), ale miło mnie zaskoczyłaś. I wiesz co? Płaczę sobie ze szczęścia! A może ze smutku? Już sama nie wiem... Widzisz? Tak działa na mnie choćby jedno zdanie napisane przez Ciebie. Staję się wulkanem emocji i żadna nie dominuje, dlatego też śmieję się przez łzy. Bo kocham Diego. Kocham Larę. A jeszcze bardziej kocham ich oboje razem. Ale kocham też Lenę. I tutaj kolejna zagwostka - Diegara czy Diena? Którą z tych par kocham bardziej? Jezu, dużo tej miłości, chyba nawet za dużo. Ale co mi tam. Wiesz, że też kocham czytać (znowu 'kocham użyte po raz setny w jednym komentarzu, nigdy nie byłam dobrą pisarką)? Książka towarzyszy w możliwie każdej chwili w moim życiu. Na angielskim, u dentysty, na spacerach z psem, a czasem nawet na imprezach, które moi niedojrzali znajomi nazywają "melanżami". Nie chodzę na nie zbyt często, a jak jestem, to z książką. Preferuję angielskich/amerykańskich pisarzy (czytałaś może Jamesa Frey'a?), ale inną literaturą też nie gardzę. Lara, jak wnioskuję, uwielbiała romanse. A ja za nimi nie przepadam, aczkolwiek czasem czytam. I tak jak ona często porównuję świat rzeczywisty, do tego z książek. Teraz przerwę na chwilę, bo muszę opanować moją histerię... Dobrze, wracam do wątku. A więc przejdę teraz do samego tekstu (znowu za dużo bredziłam o sobie). Literacko oczywiście bez zarzutu. Nie wiem, czy kiedyś ci mówiłam, ale kocham Twoje metafory i epitety. Jeszcze doskonalej pokazują ten Twój świat i przenoszą gdzieś, gdzie chciałabym być już zawsze. Dodają takiego jakby zróżnicowania, kurczę, nie mogę znaleźć słowa. Tajemniczość... Może to tego szukam? Sama osobiście tak nie potrafię (w ogóle coś potrafię?), ale ty robisz to wspaniale. Przechodząc do samej fabuły, cieszę się, że w Twoim OS-ie znalazło się miejsce na postaci poboczne, chociażby Natalię i Maxiego. Kocham ich, o czym pewnie wiesz. Leon, Violetta, Camila... Lubię tego rodzaju połączenia (co ja bredzę?). Pominę śmierć Lary, która wzruszyła mnie do łez, od pierwszego larysowego monologu płaczę. Cóż, Diego... Kochany, jak możesz się obwiniać? Często obwiniamy się o coś, co w rzeczywistości nie było naszą winą. Bo nawet jeśli wtedy pojechałby po te cholerne zdjęcia, to i tak Bóg wziąłby ją do siebie, jeśli by chciał. A najwidoczniej bardzo chciał mieć takiego ślicznego aniołka. Ale poniekąd go rozumiem (mówię tu o Diego), często też tak mam. Cieszę się, że mimo tego całego smutku dopuścił do siebie w końcu kogoś, kto chciał mu dać tyle szczęścia, ile on dał Larze (i z wzajemnością). Mówię tu oczywiście o Lenci. Szczerze to od razu domyśliłam się tej tajemniczej postaci w najdziwniejszym szaliku na świecie. Bo to mogła być tylko ona. Wiesz co? Wiem co chcę napisać, ale nie umiem tego dobrać w słowa. Ludzie bez talentu tak mają. Aaaa... Już wiem. "A ty oświadczyłeś mi się w KFC..." Widzę, że obie moje poprzedniczki nawiązały do tego cudownego zdania. Nie potrafię sobie wyobrazić w tym momencie miny Maxiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj Bloggerku, nieładnie :(
      Wracając.. I nie mogę przeboleć tych karmelowych ust, które Diego wciąż pamiętał. Kocham karmel (bez skojarzeń proszę). I on też go kochał. Tylko z nieco innych powodów. I jeszcze te przecudowne różowe goździki, które kupował codziennie. Jezu, chyba ciągle płaczę i ciągle mi smutno. Ale się śmieję i bardzo cieszę. Powiedz mi Aciu, skąd ty bierzesz te cudowne pomysły? Czyżby Twoja główka była tak utalentowana i pełna wyobraźni, że nie potrafię tego opisać? A brakiem weny się nie przejmuj, każdemu się zdarza, a mi już nad wyraz często (znowu o sobie, nie przeżyję tego..). I szczerze to porównując którykolwiek z moich OS-ów z Twoim, nawet tym najbardziej beznadziejnym (chociaż ci się nie zdarzają, rzecz jasna) to zastanawiam się, dlaczego w ogóle piszę.
      Wiesz co? Zastanawiam się nad totalnie głupią, bezsensowną rzeczą na świecie - dlaczego w każdym OS-ie, nie ważne czyjego autorstwa, Diego pali te cholerne papierosy? To, że jest kochanym, przystojnym, nieco impulsywnym gangsterskim misiem w skórzanej kurtce, wcale nie znaczy, że musi palić. Podzielasz moje zdanie? I wybacz, że muszę znowu zmienić temat nawiązując do fragmentu, w którym Diego rozmawia z 'Larą'. Chciałam dopisać "...a właściwie z jej nagrobkiem", ale nie zrobię tego, bo obie doskonale wiemy, że ona wciąż tam jest, tak jak siedzi obok przy gdy je śniadanie, obserwuje, jak czyta książki i całuje go do snu. I myślę, że to jeden z najcudowniejszych prezentów jaki mogła mu dać. Tylko niestety Diego nie wie, nie czuje karmelu, jej obecności, nie widzi jej. Nie może jej dotknąć, ani z nią porozmawiać i to wywołuje ten cały ból, którego, jak myślę, wcale nie chce odczuwać. I tęskni nie radząc sobie z jej odejściem, chociaż tak naprawdę wcale nie odeszła. Bo ciągle będzie z nim, zawsze, w każdej chwili jego życia. I tak już pozostanie do końca jego dni. A wtedy znowu się spotkają.
      I znowu płaczę, jeszcze bardziej niż przed chwilą.
      Dotarłyśmy chyba do końca tej mojej bezsensownej paplaniny. Jeżeli w ogóle doczytałaś do tego momentu... Nie będę się tu rozpisywać (jak wiesz mam tendencje do rozpisywania się) tylko napiszę, że bardzo cię kocham. Chociaż to pewnie też już wiesz.
      Mam nadzieję, że wpadniesz jeszcze kiedyś na tego mojego głupiego bloga, na którym beztalencie udostępnia swoje dyrdymały (chociaż zdecydowanie nie zasługuję na to).
      Jeszcze raz bardzo, bardzo Cię kocham.
      Twoja Ania <3

      PS.: Wiesz, że to mój pierwszy taki długi komentarz?

      Usuń
  4. Zostałaś nominowana do LBA na moim blogu! ----> http://uratujmojeserce.blogspot.com/
    Co do posta to wrócę tutaj za nie długo i skomentuję :>
    Buziaczki ;****

    VeroVero<3

    OdpowiedzUsuń
  5. Jezuu jaki to piękne ...płacze ale to piękna historia raz płacze a raz śmieje się,Diego i Lara ciekawy pomysł i jednocześnie wybuchowe połączenie z resztą Diego i Lara to tez istne T.N.T gratuluje niesamowitego talentu czekam na kolejne opo, 19 i Kocham Diega w twoim opowiadaniu, serialu i realu *-* buziaczki powodzenia

    OdpowiedzUsuń
  6. Cześć, Acia, kochanie moje, utalentowane, no.
    Ale się poryczałam, jak nigdy ;-; Ej, powaga. To było takie piękne, a ja zobaczyłam dopiero dziś, i dopiero dziś czytam (aż wstyd się przyznawać, ale szczerość to podstawa, tak?), i od razu też komentuję, bo potem pewnie mi coś wypadnie, i znowu mi zejdzie, a tego sobie nie wybaczę, bo cholera. To było wspaniałe. Idealne. No epickie. I kiepsko mi się pisze, bo mi się ekran rozmazuje przed oczyma, jak dobrze, że mi laptop automatycznie poprawia literówki - zdolniacha XD Ale Ty większa, największa. A myślałam, że cuda nie istnieją... Ten OS był jednym. Objawieniem, powiadam. Ja cię... czekaj, ogarnę się.
    Wdech, wydech, jestem! No więc, ja jakoś nie przepadam za Diegarą, znaczy wiesz, u Ciebie to ją kocham, bo jest najwspanialsza, i czytam wszystko, bo przecież nawet, gdyby to było o Fedemili, to para nie jest ważna, nie przy takim talencie, ale tak sama z siebie, żeby szukać opowiadań z nimi, to nie... A teraz, no chyba, kurde, zmienię zdanie! A ja kocham Diemiłę. Aćka, cioto! No nic, wybaczę Ci, bo to było piękne! (I tak pewnie powtórzę tę słowa jeszcze z tysiąc razy, jak nie więcej -.- Słownika przy sobie nie mam, nooo) Jedyny w swoim rodzaju! Ta ich miłość, a potem śmierć Lary, tak głupia, niepotrzebna (a jaka śmierć taka nie jest? Panie, bredzę ;.;), wiesz... A potem to załamanie Diego, tak mi smutno było. I te wstawki z Larą, jak obserwuje, jak smuci ją ten widok. I niedokończony "Cień wiatru" - umarłam. Konkretnie. Beczę. Chusteczki!
    Yhhhh. A przy tym ten wspaniały, niepowtarzalny styl, taki no - tylko Twój! Że aż chce się czytać jeszcze raz, i jeszcze. I tak do końca. I to Naxi moje ukochane, oświadczyny w KFC, dzidziuś w drodze. To ja się w końcu cieszę, czy smucę? Płaczę czy zachwycam? Wszystko na raz! Aćka mistrz, ba dum tss? Z pewnością ♥
    A na koniec, Diena. Aw. To takie kochane. Lara, mimo tego, że na pewno nie chciała się dzielić, w końcu kocha go najbardziej, jak nikogo innego, mimo śmierci, chciała żeby był szczęśliwy. Nawet bez Niej. Tak miało być. Ale wspomnienia zostają, i choć przypominać będą o tym, co raz utracone, w końcu przestaną - sprawiać ból. Ten wielki. Diego nauczy się na nowo - uśmiechać, śmiać, żyć. Jezu. A Lara wróci jak w niebie nie będzie książek... Wyje i śmieje się jednocześnie. Jestem moim mistrzem, pamiętaj. Dziękuje, dziękuje, DZIĘKUJE. To było niesamowite doświadczenie - móc tego OS przeczytać, zgłębić. Nawet sobie popłakać. I... za niedługo postaram się też skomentować rozdział osiemnasty, a potem - drugiego bloga. Obiecuję. Czekaj na mnie.
    Kocham Cię. Tym moim głupim serduchem.
    Na zawsze.
    Edyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *Jesteś
      Głupi laptop, zawiódł mnie XD .-.

      Usuń